Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Reprywatyzacja? Dobrze, ale jaka?

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Zwrot majątku zagrabionego po II wojnie światowej to tylko z pozoru łatwa sprawa do załatwienia

Redaktor Mariusz Staniszewski słusznie skrytykował brak w Polsce ustawy reprywatyzacyjnej ("Bezkarni państwowi złodzieje", "DGP" 30 listopada), ale przy okazji wyraził wiele poglądów uproszczonych, niedotykających sedna problemu i sporu o reprywatyzację.

II wojna światowa, a potem ustrój socjalistyczny miały dla Polski charakter kataklizmów dziejowych, wywracających istniejący porządek społeczny i gospodarczy. Czy w takich sytuacjach prawo własności jest święte i nienaruszalne? Czy jeśli prawo do życia i prawo do godności człowieka były nagminnie łamane bez żadnego późniejszego zadośćuczynienia, akurat jedynie ci, których dotknął zabór własności materialnej, powinni dostawać rekompensatę? A przecież dziś odszkodowań nie mogą otrzymać ofiary tamtych czasów, lecz ich spadkobiercy, często w trzecim, czwartym pokoleniu. Jak daleko w takich przypadkach można sięgać w przeszłość?

Zaboru majątku gospodarczego już od października 1939 r. intensywnie dokonywali najeźdźcy niemieccy, a ustawa nacjonalizacyjna ze stycznia 1946 r. w znaczącym wymiarze sankcjonowała stan istniejący. To oczywiście nie umniejsza powstałego zła, ale tworzy problem przy próbie jego naprawienia - inna władza zabierała, inna utrzymała to skwapliwie w mocy, a dziś - zdaniem red. Staniszewskiego - całe społeczeństwo powinno ponieść ciężar odszkodowań, bo zwrot in natura po 60 latach przemian jest praktycznie niemożliwy.

Problem reprywatyzacji trzeba analizować w szerszym kontekście całokształtu grabieżczych działań komunistycznego państwa. Pewnym ludziom odbierano majątek materialny w postaci fabryk czy nieruchomości, innym majątek finansowy (poprzez złodziejską wymianę pieniędzy w 1950 r.), a milionom pracujących obywateli państwo uznaniowo wypłacało - przez kilkadziesiąt lat - jedynie nieznaczną część ich faktycznych dochodów z pracy. Represjom podlegali więc wszyscy, którzy cokolwiek posiadali bądź wykonywali jakąkolwiek pracę. Czy zatem wszystkie wymienione obszary grabieży powinny być rekompensowane, czy tylko niektóre, a może żadne? Czy utracenie kapitału rzeczowego powinno mieć pierwszeństwo przed utraceniem owoców pracy? A co z własnością przedwojennych obligacji państwowych, które gwarantowała swoim majestatem II Rzeczpospolita?

Część majątku, przede wszystkim duże fabryki, narzucona władza przejmowała quasi-legalnie, bo na podstawie ustawy nacjonalizacyjnej, a inną część - drobne zakłady wytwórcze i handlowe - zupełnie bez żadnej podstawy prawnej, w sposób siłowy. Czy można te dwie formuły zaboru potraktować jednakowo? Czy podważanie legalności ustawy nacjonalizacyjnej nie prowadziłoby do zanegowania wielu podobnych aktów prawnych z tamtego okresu, np. dotyczących reformy rolnej czy powołania uniwersytetu, na którym pracuję?

Przed wojną ponad 40 proc. kapitałów spółek akcyjnych należało do właścicieli zagranicznych, a w wielu branżach przemysłowych było to ok. 60 proc. 10 proc. posiadało państwo, a z niespełna połowy będącej w rękach rodzimych większość należała do przedstawicieli narodowości szczególnie okrutnie potraktowanej przez Hitlera. Kogo więc powinna dotyczyć reprywatyzacja? Wszystkich przedwojennych właścicieli czy tylko niektórych? Czy rzeczywiście, jak twierdzi red. Staniszewski, "zawrócenie procesu dziejowego stworzyłoby nową elitę", czy oznaczałoby po prostu wyprowadzenie gigantycznych krajowych zasobów finansowych za granicę? Czy w demokratycznym państwie, tu i teraz, byłaby zgoda na taką operację?

Nie ma prostych i jednoznacznych odpowiedzi na te pytania.

Maciej Bałtowski

profesor ekonomii na UMCS w Lublinie, członek Kolegium NIK

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.