Efekt sponsora
Szympansy, które otrzymały cukierka, poczuwają się do wdzięczności wobec darczyńcy - stwierdzili naukowcy. W przypadku ludzi sprawa wygląda podobnie, a poczucie wdzięczności powoduje coś, co nazwano efektem sponsora. Jeśli banany zostają zastąpione przez badania kliniczne warte setki milionów złotych, autorem polityki lekowej przestaje być Ministerstwo Zdrowia. Jest coraz więcej przykładów, że w tej roli ministerstwo usiłują zastąpić lekarze badacze. I coraz więcej wątpliwości, czy lekarze robią to w interesie pacjentów, czy może sponsorów.
Szkoda, że Najwyższa Izba Kontroli, która przyglądała się badaniom klinicznym wykonywanym na zlecenie koncernów farmaceutycznych w klinikach, nie spojrzała na nie także od strony efektu sponsora. Jednak i bez tego wynik kontroli okazał się alarmujący. Szpitale, zamiast mieć z badań dodatkowe źródło przychodów, nic na nich nie zarabiają. Rachunek za badania, których wykaz ściśle określa sponsor, wystawia się Narodowemu Funduszowi Zdrowia. A pieniądze za przeprowadzenie badań (szpital nawet nie wie, jak duże, ale nierzadko są to miliony złotych) zgarnia kolega badacz, niekoniecznie dzieląc się z innymi, na przykład z pielęgniarkami. Nierzadko to ordynator, utytułowany autorytet medyczny.
Nie ma nic złego w tym, że świetni lekarze mają dodatkowe źródło zarobku, choć powinien mieć je także szpital. To nie w tej sprawie alarmują etycy, od dawna nawołując do ucywilizowania badań klinicznych w Polsce. Wysokość zarobku może pozostać tajna, ale fakt, że lekarz jest finansowo związany z danym koncernem, powinien być jawny. Pacjenci muszą mieć możliwość zastanowienia się, czy w zachowaniu ich lekarza nie zachodzi efekt sponsora. Ich przekonanie, że doktor występuje wyłącznie w interesie chorych, może być bowiem nie do końca słuszne. Reklama leków jest zakazana. Rolę nadzwyczaj skutecznych nośników reklamowych coraz częściej pełnią jednak lekarze, używając do tego celu mediów. Skutek jest gwarantowany. Wystarczy przed kamerą pokazać chorych, którym bezduszni urzędnicy odmawiają prawa do zakupu leków przez NFZ. Autorytetem, który potwierdza konieczność tego zakupu, jest lekarz prowadzący badania kliniczne dla producenta owego leku. Ale my tego nie wiemy. Jesteśmy przekonani, że nowość, którą doktor zaleca, rzeczywiście uzdrowi chorego albo znacznie przedłuży mu życie. Nie zawsze tak jest. Nowości natomiast zawsze są dużo droższe od specyfików już stosowanych.
Medialna kampania w sprawie danego leku okazuje się zwykle skuteczna, NFZ kupuje go za publiczne środki, których pula nie jest przecież nieograniczona. Jego producent zaciera ręce. Bywa, że z punktu widzenia farmakoekonomii (nauka, która stara się ważyć racje między ceną leku a jego skutecznością) taki zakup jest nieuzasadniony. I że wydanie dużych sum na nowy lek o bardzo ograniczonej skuteczności oznaczać może, że dla innych pacjentów, którzy mają szanse na powrót do zdrowia, może go zabraknąć. O słuszności zakupu powinna więc decydować Agencja Oceny Technologii Medycznych, a ta wcześniej skuteczność cudownej nowości zakwestionowała. Pieniędzy na ochronę zdrowia zawsze brakuje, nawet w krajach bogatszych od naszego. Jeśli o celowości ich wydawania decydują media sterowane przez zainteresowanych zakupem badaczy, to biada tym chorym, których kamery nie pokażą. O konieczności uchwalenia ustawy cywilizującej badania kliniczne słyszymy od lat. Jakieś anonimowe siły powodują, że nie ma nawet jej projektu. Utknęła na etapie założeń i konsultacji. Ciekawe, czy nie zadziałał tu efekt sponsora.
@RY1@i02/2010/146/i02.2010.146.000.011c.001.jpg@RY2@
Joanna Solska
Joanna Solska
Autorka jest publicystką "Polityki"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu