Pomówienie przez ujawnienie
My, naród polski, ustanowiwszy konstytucję lat temu 13, na wszelki wypadek świętujemy rocznicę konstytucji sprzed lat 219, bo i rany się zabliźniły, prezydent Obama gratuluje, wreszcie chłopi uzyskali wolność osobistą, co przecież cieszy.
Ustanowiliśmy konstytucję dla Rzeczypospolitej Trzeciej "nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej", co w niebyt spycha tę pośrednią - Ludową, pozbawioną numeru, jak wskazuje preambuła. I z nią właśnie jest kłopot, mimo że jej nie ma, ale odzywa się z różnych kątów, atakując sumienie lub Pana Boga oraz prawa podstawowe "oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości".
Sprawiedliwość przetrenował pan Krzysztof. Działał w opozycji, za co dostał order, powiększając grono odznaczonych przez tę i poprzednią władzę, bo ordery zostały te same.
Zamiast się cieszyć, pan Krzysztof udał się do instytucji, o której ciągle głośno, gdzie dali mu do poczytania chronione przez państwo dokumenty. Instytut ujawnił mu informatora, którym się okazała dawna współpracowniczka z opozycji. Ujawnienie nastąpiło w zgodzie z ustawą.
I siedziałby cicho pan Krzysztof, ale coś go podkusiło. Napisał artykuł o informatorze z tytułem "Kozłowska donosiła do SB". Tekst był o prawdzie historycznej i zawierał cytaty z akt udostępnionych przez państwo, w zgodzie z ustawą. Kozłowska się oburzyła i oskarżyła pana Krzysztofa. Sąd go uniewinnił, ale sąd wyższy, starszy i rozważniejszy, wyrok uchylił, bo pan Krzysztof nie ustalił z żyjącym oficerem, co też oficer wypisywał, a przecież mógł kłamać. Sąd drugi też uniewinnił, bo przecież pan Krzysztof dostał notę od państwa i źródło podał, jak ustawa nakazuje. Na to sąd starszy i mądrzejszy podniósł, że pan Krzysztof mówił, ale pomówił, więc tylko prawda może go obronić. Sąd trzeci skazał więc pana Krzysztofa, bo nie sprawdził, bo z oficerem nie porozmawiał, bo rozmowy z tymże były tylko omówieniem sytuacji a nie donoszeniem, jak z tytułu wynikało. Wyrok się ostał i pan Krzysztof do urzędowych papierów dostał jeszcze jeden, od tego samego państwa, które wpierw ujawniło informatora i jego pseudonim, następnie zaś za ujawnienie ukarało, chroniąc konstytucyjnie zagwarantowaną godność pomówionej, o której pan Krzysztof powiedział to, co mu państwo powiedziało.
Prawdy się nie dojdzie w materii dość przecież delikatnej. Ważne, że sąd uznał, iż mówienie o kimś, że współpracował z władzami nienumerowanej Rzeczypospolitej, jest poniżające, co wskazuje na ocenę moralną, lecz trudno sprawdzalną.
Może się pan Krzysztof pomylił, może go zmylono, morał jest taki, że powinien cicho siedzieć i cudzą godność szanować bardziej niż swoją, skoro o jego godności nikt się nie wypowiadał.
A wolność słowa? Tak, ale bez nazwisk. A sprawiedliwość? "Do nieba poszła, drabkę za sobą wciągnęła", jak mówią. A państwo gada jak najęte. W ustawie, na podstawie której panu Krzysztofowi ujawniono, wstęp taki państwo pomieściło: "Stwierdzamy, że praca albo służba w organach bezpieczeństwa państwa komunistycznego lub pomoc udzielana tym organom przez osobowe źródło informacji, polegające na zwalczaniu opozycji demokratycznej, związków zawodowych, stowarzyszeń, Kościołów i związków wyznaniowych, łamaniu prawa do wolności słowa i zgromadzeń, gwałceniu prawa do życia, wolności, własności i bezpieczeństwa obywateli była trwale związana z łamaniem praw człowieka i obywatela na rzecz komunistycznego ustroju totalitarnego". Stwierdzamy? My, naród? I dalej jak we wstępie... Trzeba znowelizować.
Marek Markiewicz
prawnik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu