Sąd nad immunitetem
Już miesiąc minął, jak przeczytałem, że Naczelny Sąd Administracyjny odmówił uchylenia immunitetu sędziemu, który skazał w stanie wojennym na cztery lata za rozrzucanie ulotek. I od miesiąca cisza.
Uchylenie immunitetu nie oznacza uznania winy sędziego, który wciąż sądzi, ale umożliwia wyjaśnienie sprawy i przeprowadzenie śledztwa przez IPN, który twierdzi, że sędzia dopuścił się zbrodni komunistycznej. Znów ten IPN.
Sąd dyscyplinarny immunitetu nie uchylił, bo - jak przeczytałem - "sędzia nie musiał mieć świadomości, że jego wyrok był komunistyczną represją".
Tak napisał publicysta, orzeczenia nie wydrukowano, nazwiska sędziego nie poznaliśmy. Nie stanęły tramwaje, milczą też organy. Mimo że publicysta oskarżył środowiska sędziowskie o "mocne zakorzenienie w peerelowskiej przeszłości".
Nie zanotowano też - co cieszy - przerw w funkcjonowaniu Naczelnego Sądu Administracyjnego, co znaczy, że nie wystąpiły usterki w świadomości jego sędziów. Wynika z tego, że publicysta nie trafił w temat, skoro sprawę spowiło milczenie, choć tekst ukazał się na pierwszej stronie gazety. Zresztą, samego skazanego uniewinnił Sąd Najwyższy, więc o człowieka zadbano i krzywdy nie ma, jak to mówią.
Publiczne zakorzenienie w peerelowskiej przeszłości widać nie jest pomówieniem, bo zakazu zakorzenienia w ustawie nie ma, nie zagrzmiały więc autorytety, nikt nikogo nie pozwał, media nie doniosły o rezygnacji z sądzenia, co wskazuje, że sędzia sądzić - jak nazwa wskazuje - musi. Ten i paru innych.
Przeszła już fala nieuwzględnionych przez sądy wniosków o uchylenie immunitetu sędziów, którzy orzekali na podstawie antydatowanego dekretu wojennego, czyli skazywali za czyny, które w chwili popełnienia przestępstwami nie były.
Naiwny czytelnik, nierozważnie czytając, mógłby sądzić, że także nie mieli świadomości, że stosują represje komunistyczne, skoro innych nie było. Jednakże w pamięci zbiorowej niknie świadomość zapisu dekretu, który obowiązywał "z dniem ogłoszenia", ale "z mocą od dnia uchwalenia", co nadawało nową definicję mocy, także sędziowskiej, i nowe znaczenie podręcznikowej zasadzie nieretroakcji. Że była podręcznikowa - wyjaśnił Sąd Najwyższy w uchwale sprzed trzech lat - gdzie wyłożył, że skoro w Konstytucji PRL nie było zakazu nieretroakcji i mechanizmu kontroli ustaw z konstytucją, to sędziowie nie byli zwolnieni ze stosowania retroaktywnych przepisów dekretu.
Każe to do dziś cieszyć się, że dekret nie przewidywał wbijania na pal, bo wtedy wbijano by z całą sumiennością wykonania prawa, podobnie nie przewidywał wstecznego zakazu jedzenia parówek, wówczas przejściowo trudno dostępnych, co nieznacznie poszerzałoby zakres represji.
Sąd Najwyższy w uchwale całej izby dostrzegł, że PRL była stroną umów międzynarodowych, które retroakcji zakazywały, wszelako - jak stwierdził - brak było regulacji określającej ich miejsce w krajowym porządku prawnym, więc były i nie były, co wytworzyło nową regułę czytania po polsku oraz zasadę prawną wpisaną do księgi zasad prawnych, ku zdziwieniu grona czytelników.
Pan Stanisław zorganizował strajk w Świdniku 13 grudnia, więc przed przeczytaniem dekretu. Został skazany i swoje odsiedział. Sąd Najwyższy uniewinnił go w roku 1990, więc krzywdy nie ma - jak to mówią, ale na ściganie sędziów, którzy skazali pana Stanisława, a z czasem awansowali właśnie do Sądu Najwyższego, zgodzić się nie chciał.
Pan Stanisław wystąpił więc do Trybunału Konstytucyjnego, wskazując, że odmowa ścigania oparta jest na niekonstytucyjnej wykładni przepisów o immunitecie sędziowskim. Trybunał odmówił przyjęcia sprawy do rozpoznania, bo umorzenie postępowania przeciwko sędziom nastąpiło na podstawie przepisu procedury karnej o braku wymaganego zezwolenia na ściganie, a nie przepisów o immunitecie, co wyczytać można było z treści orzeczeń, zatem skarżyć się nie było o co, a jeszcze raz podkreśliło potrzebę umiejętnego czytania po polsku. Dekretu pan Stanisław nie przeczytał, bo dekretu nie było w chwili czynu, ale jak już się pojawił, to wskazywał, że był wcześniej, kiedy go nie było. Zakazu takiego bytu w niebycie Konstytucja PRL nie przewidywała, zatem wszystko było w porządku, co teraz, a nie kiedyś, potwierdził Sąd Najwyższy.
Wskazuje ta historia na pożądane współdziałanie sądów i trybunałów, znaczenie konstytucyjnej zasady przestrzegania prawa oraz przydatność umiejętności czytania po polsku - albo samych uchwał, albo tekstów publicystów, bo razem się nie da.
Marek Markiewicz
prawnik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu