Nowy porządek na świecie
Pierwsza dekada XXI w. to okres niesamowitych zmian na globalnej scenie gospodarczej. Ale dopiero ostatnie dwa lata to okres, w którym na naszych oczach zmiany te nabrały przyspieszenia.
Jeszcze na początku zeszłej dekady udział krajów rozwijających się w światowym PKB wynosił 15 proc., podczas gdy krajów rozwiniętych - ponad 60 proc. Dziś już kraje rozwijające się stanowią jedynie około 50 proc. globalnego PKB, podczas gdy rozwinięte prawie 25 proc. Polska jest w koszyku krajów rozwijających się, ale to Chiny, Indie i inne kraje azjatyckie są siłą napędową wzrostu. Kiedy w Azji wzrost tylko nieco zwolnił, w krajach rozwiniętych przyszła recesja. A to oznacza, że ich udział w globalnym PKB maleje.
Przez całą dekadę Amerykanie zmniejszali poziom swych oszczędności. O ile w 2000 r. oszczędności Amerykanów były lekko powyżej 2 proc. PKB, o tyle w wyniku zbyt niskich stóp procentowych ich oszczędności spadły prawie do zera w 2007 r. Ta nadmierna konsumpcja była jedną z przyczyn kryzysu finansowego. Im więcej bowiem Amerykanie konsumowali, tym więcej kupowali zagranicą. Deficyt na rachunku obrotów bieżących w USA osiągnął rekordowe poziomy 6 proc. PKB. I musiał być finansowany przez inwestorów zagranicznych. Doszło do tego, że połowę długu USA posiadają dziś Chińczycy i Japończycy. W rękach inwestorów z Chin znajdują się obligacje amerykańskiego rządu za prawie 900 mld dol., a w rękach inwestorów z Japonii około 800 mld dol.
Kryzys dokonał głębokich zmian w strukturze gospodarki amerykańskiej. Konsumenci zaczęli oszczędzać i mniej konsumują. Dziś stopa oszczędności w USA jest powyżej 3 proc., deficyt na rachunku obrotów bieżących spadł do 3 proc. PKB, a poziom konsumpcji spadł do poziomu 2 proc. w porównaniu z 4 proc. przed kryzysem. Dziś USA mają już tylko 27 proc. udziału w konsumpcji światowej, podczas gdy kraje rozwijające się - 34 proc. A jeszcze dekadę temu udział konsumpcji Amerykanów wynosił 36 proc., a krajów rozwijających się - 18 proc. Pojawił się za to nowy wielki konsument - rząd amerykański. Nie można więc wciąż mówić o powrocie do bezpiecznej równowagi tak długo, jak długo rolę konsumenta pełni państwo.
W Europie po latach mizernego wzrostu przyszedł kryzys finansowy, który odbił się w kilku krajach europejskich głębszą recesją niż w USA. Ale w Europie nie nastąpiło tak głębokie dostosowanie, jak to miało miejsce w Ameryce. Stopa oszczędności jest zbliżona do poziomu sprzed kryzysu. Konsumpcja wróciła do poziomu dodatniego i nie ma powodu, by oczekiwać jej przyspieszenia. Na rynku pracy nastąpił wzrost bezrobocia, ale jego skala jest znacznie mniejsza niż w USA. Ale deficyty budżetowe też wzrosły. Oczywiście Europa jest zróżnicowana - od najbardziej dotkniętych kryzysem Niemiec, które utrzymały swe finanse w ryzach, do Grecji, która ucierpiała mniej niż Niemcy na kryzysie, ale utraciła kontrolę nad finansami.
Dziś byłbym skłonny zaryzykować tezę, że Europa powróci po kryzysie na ścieżkę mizernego wzrostu (wolniejszego niż przed kryzysem), bez większych zmian w strukturze gospodarczej i z większym garbem zadłużenia. W Stanach natomiast wzrost ma szanse być bardziej zrównoważony, ale też wolniejszy. Wspólnym wyzwaniem dla Europy i Stanów będzie redukcja wielkich deficytów budżetowych - perspektywy wzrostu będą zależeć od tego, jak szybko poszczególne kraje ograniczą swe zadłużenie. Rynki rozwijające się takich problemów nie mają. Dlatego też perspektywy wzrostu gospodarczego w krajach rozwijających są w najbliższej dekadzie lepsze niż w krajach rozwiniętych. W 2020 r. świat będzie wyglądał inaczej niż dziś. Prawdopodobnie podział na kraje rozwinięte i rozwijające się nie będzie miał już większego sensu.
@RY1@i02/2010/081/i02.2010.081.000.017c.001.jpg@RY2@
Ryszard Petru
Ryszard Petru
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu