Ryzykowne żonglowanie zyskami
Zapowiada się ostra walka o pieniądze NBP. Rząd chętnie załatałby nimi dziurę budżetową. Sprawa jest kontrowersyjna, bo zyski banku centralnego to nie to samo co zarobki pierwszego lepszego przedsiębiorstwa - pisze Stanisław Koczot
Dyskusja na temat zysku NBP za zeszły rok nabrała rumieńców, kiedy pojawiły się przecieki, że może on wynieść aż około 8 mld zł. To więcej niż szacunki prezesa banku centralnego Sławomira Skrzypka ze stycznia, według których zysk nie powinien przekroczyć 4,4 mld zł.
Gdyby jednak wynik był bliższy 8 mld zł, dochody budżetu państwa mogłyby zwiększyć się o ponad 7,5 mld zł. Problem w tym, na co zwrócili uwagę analitycy Citibanku Handlowego, że skala zysku nie jest przesądzona, gdyż może on zostać obniżony ze względu na wysokość rezerwy na pokrycie ryzyka kursowego. Zasady tworzenia rezerwy reguluje uchwała RPP z 19 grudnia 2006 r. Jest ona na tyle ogólna, że NBP ma duże pole manewru. Możliwe, że część członków nowej RPP będzie chciała zmaksymalizować wysokość zysku NBP, który mógłby trafić do budżetu państwa. Dzięki temu udałoby się obniżyć tegoroczny deficyt.
Pytanie tylko, czy gra o zysk NBP jest warta świeczki. Uchwała RPP jest na tyle mało precyzyjna, że nawet rozstrzygnięcie kwestii, czy śrubowanie wyniku banku centralnego jest zgodne z prawem, może nie być jednoznaczne.
O wiele poważniejsze pytania brzmią tak: czy ewentualne przekazanie zysku NBP do budżetu jest zgodne z interesem państwa? Czy odpowiada to potrzebom systemu finansowego? Z pozoru - tak. Skoro dzięki temu zmniejszy się gigantyczny deficyt, to nad czym się zastanawiać?
Problem jest bardziej złożony. Przerzucenie pieniędzy banku centralnego do budżetu może nie służyć ani państwu, ani systemowi finansowemu.
Dlaczego? Bo kryzys jeszcze się nie skończył i nie można pozwolić sobie na ryzykowne eksperymenty. O wiele ważniejsza od nich jest stabilność. Z tego powodu nie warto zmieniać pomysłów na wykorzystanie zysku NBP. Po co to robić, skoro mechanizm banku centralnego działa bez większych problemów od wielu lat. Co więcej, jak do tej pory nie był ewidentnie używany do wspierania budżetu państwa. Do tego ma na swoim koncie spore sukcesy, na przykład utrzymanie w ryzach inflacji czy ustabilizowanie waluty na w miarę przewidywalnych poziomach.
Pomysły części nowej RPP na wykorzystanie zysku NBP do zaspokojenia bieżących potrzeb budżetu mogą sprawiać wrażenie, że pojawia się próba naruszenia fundamentów banku centralnego - instytucji, która sprawdziła się w funkcji strażnika wartości pieniądza, podstawowego elementu systemu finansowego w naszym kraju. Jak do tej pory nie zdarzyło się, by w trudnej dla Skarbu Państwa i finansów publicznych sytuacji transferować pieniądze NBP w sposób tak bezpośredni. Oczywiście, bank centralny ma obowiązek zasilać budżet, ale nie można naginać jego zysku w zależności od potrzeb państwowej kasy. Zwłaszcza że nie wiadomo, gdzie pieniądze NBP miałyby trafić: czy na spłatę zadłużenia zagranicznego, czy na łatanie dziury w budżecie. Owszem, deficyt jest poważnym problemem, ale czy pieniądze NBP mają być substytutem reform, które koniecznie trzeba przeprowadzić, by uzdrowić finanse publiczne? Paradoks polega na tym, że w momencie, gdy władzę sprawuje partia reformatorska, mamy do czynienia z próbą przejęcia zysków NBP zamiast z podjęciem operacji uzdrowienia państwa. Czy wytłumaczeniem takiej postawy może być kryzys? Częściowo tak, ale nawet on nie upoważnia do osłabienia roli NBP. Powinno się dbać o stabilność monetarną Polski.
Próby wykorzystania środków znajdujących się w dyspozycji banku centralnego były już podejmowane. Robili to swego czasu Grzegorz Kołodko, Andrzej Lepper czy Roman Giertych. Domagali się, by finanse państwa zostały zasilone pieniędzmi z tzw. rezerwy rewaluacyjnej. Nic z tego nie wyszło. Innego rodzaju operacja miała miejsce kilka lat temu, kiedy pojawiła się propozycja, by do budżetu przekazać część rezerw walutowych NBP i przeznaczyć je na spłatę zadłużenia Polski. Także ona spotkała się z krytycznym przyjęciem. Nic dziwnego, skoro mógłby być to precedens naruszający ład finansowy w naszym kraju.
Dyskusja na temat zysku NBP i jego przeszacowania w związku z poziomem i wyceną rezerw walutowych jest ostra. Jak zrozumie ją zagranica? Można przyjąć, że w sposób trywialny: odczyta ją jako znak, że coś niepokojącego dzieje się z rezerwami polskiego banku centralnego. Tego typu sygnały są istotne dla zagranicznych inwestorów. Tak było rok temu. Nerwowość zagranicy została wówczas ograniczona dzięki działaniom NBP i Ministerstwa Finansów.
Teraz sytuacja jest trudniejsza niż rok temu. Co będzie, jeśli zagraniczni inwestorzy odczytają grę wokół zysku NBP jako symptom działań z pogranicza kreatywnej księgowości? Tolerancja dla niejasnych sygnałów jest obecnie znacznie mniejsza. Powodem jest chociażby Grecja, której zabiegi wokół własnych finansów stały się przyczyną potężnego kryzysu.
Trudno sobie wyobrazić, że zagranica nie zauważy tego, co dzieje się wokół zysku NBP. W optymistycznym wariancie nie wyrazi entuzjazmu, w pesymistycznym - zrejteruje z Polski. Być może na krótki czas, ale i tak straty mogą być bolesne zarówno dla rynku walutowego, jak i polskich papierów dłużnych. Co się bardziej opłaci - wyssanie z NBP maksymalnego zysku i zaryzykowanie paniki, osłabienia złotego i wzrostu rentowności polskich obligacji? A może pozostawienie finansów banku centralnego w spokoju, utrzymanie wizerunku Polski jako kraju stabilnego? Dążenie do maksymalizacji wypłaty z zysku NBP nie wynika ze złej woli. Jest raczej oparte na przeświadczeniu, że złoty ma kryzys za sobą. Czy naprawdę? Złoty wprawdzie sporo umocnił się do dolara w ciągu roku, ale wcześniej stracił jedną trzecią wartości. Podobnie jest z relacją wobec euro. Złoty per saldo staje się mocniejszy i chyba tak dalej będzie, ale pewności nie ma nikt.
Zwłaszcza że rzeczywistość potrafi zaskakiwać. Tak jak ze strefą euro, w której nagle pojawiły się oznaki braku stabilizacji finansowej. Czy doprowadzi to do katastrofy Eurolandu? Pewnie nie. Czy świat finansów będzie z większym zaufaniem patrzył na państwa, które mają stabilny poziom rezerw walutowych, a nawet je zwiększają? Pewnie tak. Ale trzeba być gotowym na to, że światowe rynki mogą krytycznie ocenić rządy i gospodarki, które zamiast reformować, będą próbowały przejadać rezerwy.
@RY1@i02/2010/059/i02.2010.059.000.013a.001.jpg@RY2@
Stanisław Koczot
stanislaw.koczot@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu