Historia jednego wezwania, czyli o nakładaniu mediom kagańca
Pisaniem o kulturze zajmuję się, lekko licząc, od lat 15. Może miałem szczęście, ale dotychczas nikt nigdy nie narzucił mi z góry, co o danym filmie albo przedstawieniu mam myśleć i w jaki sposób formułować swe oceny.
A może to nie była jednak sprawa wyjątkowego fartu. Może po prostu żyłem przez te półtorej dekady w normalnym kraju, gdzie ani przełożeni, ani wysoko postawieni decydenci, ani tym bardziej twórcy omawianych dzieł nie dyktowali mi z góry, z czym ich film, obraz, książka, spektakl kojarzyć wolno, a z czym nie, bo za niewłaściwe myślenie można trafić do sądu. Gdy przeczytałem pismo adwokata Macieja Ślusarka wystosowane, z tego co wiem, do wszystkich ważniejszych redakcji w Polsce, przetarłem oczy ze zdumienia.
Tytuł "wezwanie". Nie jestem znawcą terminologii prawniczej, ale wyglądał groźnie. A dalej informacja, którą streścić można w ten sposób. Oto mocodawczyni mecenasa Ślusarka, pani Ewa Beynar-Czeczott, kategorycznie nie życzy sobie łączenia filmu "Różyczka" w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego z osobą jej ojca, wybitnego pisarza Pawła Jasienicy. Na koniec Maciej Ślusarek lojalnie uprzedza, że wszelkie nawiązywanie do osoby Pawła Jasienicy oraz jego rodziny w kontekście tego filmu stanowić będzie naruszenie dóbr osobistych jego mocodawczyni.
Koniec i kropka. Wszystko jasne. Teraz spróbujmy przełożyć stanowisko mecenasa na język dziennikarskiej praktyki. Załóżmy, że ja albo którykolwiek z kolegów chciałby napisać z "Różyczki" recenzję. Wiemy już zatem, co jest zabronione. Nie wolno na przykład napisać, że los bohatera obrazu Kidawy-Błońskiego w wielu punktach zbieżny jest z historią Pawła Jasienicy. Przypuszczam nawet, że w rozumieniu Ślusarka gniew sądu wywołałaby informacja, że dzieje filmowego Warczewskiego bliskie są przejściom autora "Polski Piastów". Może, jakimś cudem, bez kary przeszedłby zwrot, że twórcy "Różyczki" inspirowali się przypadkiem wybitnego polskiego pisarza, specjalizującego się w tematyce historycznej. W końcu mieliśmy ich kilku.
Idąc dalej tym tropem, przezorne redakcje powinny czym prędzej wycofać się z wywiadów z twórcami "Różyczki" - nie daj Boże, chlapną coś o Jasienicy i kłopoty murowane.
Ciężar "wezwania" jest zatem nie do zlekceważenia. Oto posługując się hasłem "ochrona dóbr osobistych", nakłada się mediom kaganiec, wskazując, czym i jak wolno im się zajmować. W roku 2010, 21 lat po upadku komunizmu, brzmi to i groźnie, i groteskowo. Co więcej, sprawa "Różyczki" zawiera w sobie dwa obszary zniewolenia.
Nie wgłębiam się w artystyczną ocenę dzieła Kidawy-Błońskiego - powiem tylko, że to film dobrze zrobiony, zdecydowanie powyżej średniej dzisiejszego polskiego kina. Próbuję zrozumieć stanowisko córki Jasienicy. Gdyby "Różyczkę" obejrzała, dostrzegłaby niechybnie, że Andrzej Seweryn nie zagrał w niej jej ojca. Jego bohater jest wypadkową przynajmniej kilku intelektualistów, na których losie rok 1968 odcisnął bolesne piętno. Można w nim dostrzec ślady Kisielewskiego, Andrzejewskiego, Zawieyskiego. Można też - prawdopodobnie o taki rodzaj odbioru chodziło twórcom filmu - w postaci Warczewskiego szukać metafory budowanej z odłamków losów takich ludzi, jak choćby Brecht czy Reaina. Zobaczy się wtedy obraz człowieka łamanego przez totalitarny system. Poniewieranego, a jednak w głębi niezłomnego. Tyle tylko, że uwikłanego w coś, co dotyka często bardziej niż historia. W miłość.
"Różyczka" nie jest filmem biograficznym, jest inspirowaną autentycznymi zdarzeniami fikcją. Czy zatem jakiejkolwiek fikcji można narzucić granice? Tylko dlatego, że odbiega od czarno-białego wizerunku naszej polskiej historii, który tak bardzo sobie upodobaliśmy? I jeszcze jedno, autorzy "Różyczki" uciekają od ocen. Awantura o film Kidawy-Blońskiego pokazuje, że niektórzy wolą, by zostało po staremu. By nikt nie szukał wyimaginowanych nawet rys na pomnikach.
Sądząc po stanowisku Ewy Beynar-Czeczott, filmu nie widziała. Książki Artura Domosławskiego "Kapuściński non-fiction" nie przeczytała też, co publicznie deklaruje, wdowa po wielkim pisarzu. Choć pracę Domosławskiego uważam za znakomitą, jej postawę łatwiej mi zrozumieć. Dotyka bowiem autor sfer dla niej bolesnych, choć czyni to, nie przekraczając granicy dobrego smaku, z koniecznym w takich przypadkach taktem. Ale rzecz jasna, mogę przyjąć, że dla Alicji Kapuścińskiej polski krajobraz bez książki Domosławskiego byłby łatwiejszy do zaakceptowania. Choć ani wizerunek autora "Wojny futbolowej", ani tym bardziej jej samej nie doznaje uszczerbku.
@RY1@i02/2010/049/i02.2010.049.000.014a.001.jpg@RY2@
Jacek Wakar
Jacek Wakar
jacek.wakar@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu