Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Test zderzeniowy dla euro

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Strach zajrzał Europie w oczy. Herman Van Rompuy miał dobry instynkt, zwołując specjalny szczyt UE, chociaż na początku chodziło mu o coś innego.

Miała to być spokojna dyskusja nad strategią gospodarczą na następne dziesięć lat, "UE 2020". Po turbulencjach finansowych, które ogarnęły południe Europy, nie ma jednak wątpliwości, że nadszedł czas próby, w trakcie której przekonamy się, jak solidne są polityczne podstawy Unii. Rynki dają jednoznaczny sygnał, że czekają na odpowiedź ze strony europejskich przywódców, co zamierzają zrobić z rosnącą górką zadłużenia i deficytu budżetowego. W ostatnich dniach inwestorzy wystawili największą jak dotąd sumę 8 miliardów euro, spekulując przeciwko wspólnej walucie. Reakcje rynków można uważać za przesadne, ale jest czerwona linia finansowej wypłacalności, której nie można przekroczyć. Dlatego greccy, hiszpańscy i portugalscy politycy dwoją się i troją, aby przekonać międzynarodową finansjerę, że poradzą sobie i podejmą niezbędną kurację odchudzającą, nawet jeżeli mieliby za to zapłacić odejściem w polityczny niebyt.

Wspólna waluta euro stanęła przed najpoważniejszym testem od momentu powstania. Skalę niezbędnej interwencji finansowej dla uratowania krajów Południa bankierzy oceniają na setki miliardów euro. Argument jest taki, że lina ratunkowa musi być wystarczająco silna, aby wszystkich wybawić z opresji. Musi stworzyć wiarygodną przestrzeń dla wewnętrznej stabilizacji i stawić odpór finansowym spekulacjom. Węgierski pakiet ratunkowy był wart 19 proc. PKB, łotewski - 32 proc. Jeżeli tą samą miarę przyjąć dla krajów europejskiego Południa, w grę zaczynają wchodzić ogromne pieniądze. Robi się więc gorąco.

Problem w tym, że tworząc wspólną walutę, wprowadzono traktatowy zakaz ratowania państw w kłopotach finansowych. Miał to być mechanizm dyscyplinujący. Jak widać, mechanizm nie zadziałał, bo Grecja nie wykorzystała lat gospodarczej prosperity i czteroprocentowego wzrostu, aby okiełznać deficyt budżetowy i dług publiczny, dzisiaj najwyższy w UE.

Z kolei, jak pisał Paul Krugman, w przypadku Hiszpanii nie chodzi o fiskalną nieodpowiedzialność, bo w przededniu kryzysu Hiszpania miała nadwyżkę budżetową i niski dług publiczny.

Dla Krugmana Hiszpania to dowód niedokończenia projektu wspólnej waluty, który przewiduje unię monetarną bez integracji fiskalnej oraz integracji rynków pracy. Hiszpańska bańka na rynku nieruchomości, finansowana częściowo przez niemiecki kapitał, doprowadziła do wzrostu wynagrodzeń, a po jej pęknięciu do wysokiego bezrobocia z rosnącymi kosztami dla budżetu. Gdyby Hiszpania była jak Floryda, stanem w europejskiej federacji, otrzymałaby transfery z Brukseli na zapłacenie zasiłków dla bezrobotnych, a wielu z jej obywateli zdecydowałoby się na migrację w poszukiwaniu lepszych perspektyw gdzie indziej. Gdyby nie była w strefie euro, przeprowadziłaby dewaluację swojej waluty.

Jean Pisani-Ferry i André Sapir z brukselskiego Instytutu Bruegla, uważają, że Grecja (a potem Hiszpania i Portugalia) powinny zadzwonić do MFW. Byłoby to polityczną kapitulacją i potwierdzeniem europejskiej niemocy, ale przynajmniej mechanizm by zadziałał. MFW ma doświadczenie w podobnych sytuacjach. Jest też bardziej kojarzony z bezlitosnym egzekwowaniem wyroku kary. Urzędnicy MFW są jak komornicy, nikt ich nie lubi, ale swoją pracę wykonują bez mrugnięcia okiem.

Aby jednak strefa euro politycznie wyszła z opresji obronną ręką, musi problem załatwić sama. Traktatowy zakaz pomocy finansowej można ominąć. Furtkę stwarza artykuł 122, który daje prawo udzielenia wsparcia w sytuacji klęski żywiołowej lub "szczególnych zdarzeń leżących poza kontrolą". Światowy kryzys gospodarczy można od biedy uznać za taką szczególną okoliczność, niezawinioną przez Grecję, Hiszpanię czy też Portugalię. Pomoc musiałaby pochodzić z innych państw członkowskich, a nie Europejskiego Banku Centralnego, który ma gwarancje niezależności i jak dotąd sceptycznie wyrażał się o możliwości ratowania rozbitków z Południa. Problem w tym, że nawet Berlin i Paryż nie mają na zbyciu takich środków finansowych, jakie są potrzebne, bo mówimy o sumie ponaddwukrotnie większej niż deficyty budżetowe Francji i Niemiec razem wzięte. Łatwiej byłoby o ich pozyskanie EBC, ale ten nie może i nie chce tego zrobić.

Politycznie o wszystkim zdecydują Berlin i Paryż. Do tej pory niemieccy i francuscy politycy sygnalizowali, że w ostateczności kraj w kłopotach może liczyć na ich pomoc. Celowo zostawiano sprawę niedopowiedzianą, bo chodziło o wywarcie presji na rządy państw, które muszą same podjąć bolesne działania antykryzysowe. Nikomu nie zależałoby na tym, aby greccy rolnicy protestowali w Atenach przeciwko dobrym radom Angeli Merkel czy Nikolasa Sarkozego.

Szczyt UE przypada w momencie, w którym zaczyna pękać naprężona struna finansowych emocji. Silny sygnał dla rynków jest nieodzowny. Jeżeli UE miałaby sama się uporać z problemem, bez wzywania MFW, to pozostaje pytanie, czy wystarczy solidarności po obu stronach barykady. Bogatsza i stabilna ekonomicznie północ musi zaryzykować żywym pieniądzem. Pogrążone w tarapatach Południe musi dać gwarancje, że zastosuje się do wskazań terapeutów i nie nadużyje kredytu zaufania. W każdym razie szczyt UE musi dać sygnał, co ma się wydarzyć.

Polska jest w tej rozgrywce obserwatorem, bo nie jest w strefie euro i może mieć pokusę, aby problemom Południa przyglądać się z dystansem, zacierając ręce, że to kto inny jest w kłopocie. Nie bardzo jej też wypada apelować, aby bogate państwa członkowskie wystawiły gotówkę dla ratowania pogrążonych w kryzysie krajów Południa. Z drugiej strony musi nam zależeć na stabilności strefy euro, nie tylko dlatego, że sami chcemy się w niej znaleźć, ale ponieważ kryzys projektu wspólnej waluty będzie bolesnym ciosem dla Unii Europejskiej. Co innego odrzucanie kolejnych nowelizacji europejskiego traktatu, a co innego niepowodzenie sztandarowego politycznego i gospodarczego przedsięwzięcia ostatnich dwudziestu lat. Pieniężne tsunami niosłoby ogromne konsekwencje dla wszystkiego, co Unia Europejska ma teraz na agendzie. Nie pozostałoby bez wpływu na negocjacje o kolejnym wieloletnim budżecie UE, które mają się rozpocząć w przyszłym roku.

Dlatego kryzys w strefie euro jest też naszym kryzysem. Tym razem Polska musi opowiedzieć się za europejską solidarnością, nawet jeśli ta nie nas w pierwszej kolejności będzie dotyczyć. Ten kryzys może UE wzmocnić, jeżeli uruchomi konsolidację strefy euro i dyskusję o tym, jak w przyszłości dokończyć projekt wspólnej waluty. Ale może też na długo pogrążyć ją w czeluściach politycznej i finansowej agonii. Stawka jest wyjątkowo wysoka.

@RY1@i02/2010/029/i02.2010.029.000.013a.001.jpg@RY2@

Fot. materiały prasowe

Paweł Świeboda, ekspert od spraw europejskich

ekspert od spraw europejskich

Autor jest prezesem demos-EUROPA Centrum Strategii Europejskiej

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.