Putin zaprosił Tuska. Czy to oznacza przełom w sprawie katyńskiej?
Takie nadzieje zdają się żywić niektórzy komentatorzy, bowiem zaproszenie ze strony Putina - szczególnie w kontekście niedawnego zignorowania przez prezydenta Dmitrija Miedwiediewa uroczystości z okazji wyzwolenia przez Armię Czerwoną obozu zagłady w Auschwitz - rzeczywiście było zaskakujące. Warto jednak przypomnieć, że podobnego przełomu spodziewano się przy okazji ubiegłorocznej wizyty Putina, związanej z obchodami wybuchu II wojny światowej. Rosyjski premier obiecał wówczas m.in. szerszy dostęp do rosyjskich archiwów, co można było odczytać jako zapowiedź udostępnienia stronie polskiej pełnej dokumentacji śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej. Od tamtej chwili minęło ponad pięć miesięcy i nic takiego nie nastąpiło. Wypada mieć nadzieję, że stanie się to możliwe przy okazji uroczystości katyńskich.
Czy Putin zdecyduje się w swoim wystąpieniu przeprosić naród polski za zbrodnię katyńską? Osobiście wątpię. Jeszcze mniej prawdopodobne wydaje mi się określenie jej mianem ludobójstwa. Możemy się raczej spodziewać wykładu historii, utrzymanego w stylu, jaki mogliśmy usłyszeć we wrześniu ubiegłego roku. Będzie zatem mowa o Stalinie i bilansie jego rządów, w trakcie których dochodziło wprawdzie do zbrodni, ale Związek Radziecki osiągnął apogeum swojej potęgi. A rozpad tego ostatniego, uważany w Polsce za najszczęśliwsze wydarzenie końca XX wieku, Putin uznał onegdaj za największą geopolityczną katastrofę minionego stulecia. Nie wydaje się, by od tego czasu zmienił zdanie, dlatego dowiemy się od niego, że wprawdzie Stalin kazał wymordować naszych oficerów - i zapewne wyrazi z tego powodu ubolewanie - ale później Rosjanie odkupili swe winy, wyzwalając Polskę spod okupacji niemieckiej. Zapewne wspomni też, że w Katyniu i innych masowych grobach ofiar Stalina leży znacznie więcej obywateli ZSRR niż polskich.
Putin od lat konsekwentnie kultywuje rosyjską imperialną pamięć o ZSRR i nie posunie się w ocenach historycznych ani o krok dalej, o ile oczywiście nie będzie widział w tym jakichś korzyści. Nic zaś nie wskazuje na to, że Rosjanie - zwłaszcza od chwili, gdy osiągnięto porozumienie w sprawie dostaw gazu do Polski aż do 2037 r. - mają jakieś istotne powody, by ustępować w toczonym z nami sporze o przeszłość. Trzeba dużej dozy naiwności, by wierzyć, że dla człowieka uformowanego przez lata służby w KGB jakąkolwiek wartość mają takie pojęcia, jak pojednanie czy wzajemne wyznanie win. Zaproszenie skierowane wobec Tuska należy raczej odbierać zatem nie jako zapowiedź przełomu, ale część misternej gry dyplomatycznej, którą Kreml prowadzi wobec nas na arenie europejskiej. Jej strategicznym celem jest ograniczenie do maksimum wpływu Warszawy na kształtowanie polityki całej UE wobec Rosji. W jej ramach przedstawia się Polaków jako obsesyjnych rusofobów, którzy lekceważą kolejne gesty dobrej woli ze strony Rosji. Jakie? Na przykład takie, jak zaproszenie polskiego premiera do Katynia.
Dlatego nie powinniśmy w relacjach z Rosją popadać w żadną z dwóch skrajności. Pierwszą byłoby lekceważenie zaproszenia i formułowanie długiej listy nierealistycznych żądań, drugą zaś uznawanie go za punkt zwrotny i usilne doszukiwanie się w takim czy innym zdaniu Putina rzekomego przełomu w relacjach polsko-rosyjskich. Taki przełom, jeśli kiedyś nastąpi, dokona się najpierw w relacjach gospodarczych i będzie związany z uzyskaniem przez Rzeczpospolitą pełnej suwerenności energetycznej, w czym priorytetowe znaczenie ma ślimacząca się niestety budowa gazoportu w Świnoujściu. Dopiero później, gdy jakiś kolejny władca Kremla uzna, że Polska w dającej się przewidzieć przyszłości nie wróci już do rosyjskiej strefy wpływów, dojdzie być może do wniosku, że w relacjach z Warszawą potrzebny jest symboliczny przełom. Także w sprawie Katynia. Na razie pozostaje nam zaś spokojne i cierpliwe podtrzymywanie naszych postulatów, budowanie fundamentów społeczeństwa obywatelskiego w krajach na wschód od Bugu (istotne znaczenie będzie tu miał sukces lub porażka Partnerstwa Wschodniego), a nade wszystko dążenie do wypracowania wspólnej polityki energetycznej w ramach UE, uwzględniającej nasze narodowe interesy.
Jest jeszcze jeden istotny aspekt zaproszenia Tuska do Katynia, związany ze zignorowaniem w ten sposób prezydenta Kaczyńskiego. Od strony dyplomatycznej wszystko jest oczywiście w porządku: premier zaprosił premiera. Jednak intencja Kremla była oczywista, choć decyzja Tuska o rezygnacji z kandydowania na prezydenta nieco osłabiła jej wymowę. Pokazanie się polskiego premiera u boku faktycznego przywódcy Rosji, podczas uroczystości katyńskich, mogłoby wzmocnić jego wyborcze szanse. Ten aspekt na szczęście jest już nieaktualny. Co nie znaczy, że cała ta sprawa nie będzie miała dalszego ciągu, z uwagi na zapowiedź Lecha Kaczyńskiego, że również - mimo braku oficjalnego zaproszenia - zamierza się pojawić w Katyniu. Wciąż jeszcze jest dość czasu, by ten delikatny problem jakoś dyplomatycznie załatwić. Byłoby bowiem prawdziwym skandalem, gdyby pamięć o dramatycznym losie tysięcy polskich oficerów została zdominowana przez polityczną rozgrywkę o prezydenturę.
@RY1@i02/2010/026/i02.2010.026.000.0014.001.jpg@RY2@
Fot Jacek Turczyk/PAP
Przedstawiciele Rodzin Katyńskich na Polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu
@RY1@i02/2010/026/i02.2010.026.000.0014.002.jpg@RY2@
Antoni Dudek
Fot. Wojciech Grzędziński
Józef Mackiewicz - autor słynnej "Zbrodni katyńskiej" - zapewne przewraca się w grobie, jeśli nie z oburzenia, to przynajmniej z totalnego zdziwienia. Obecność Putina - wieloletniego funkcjonariusza KGB - będzie mieć w sobie coś moralnie i symbolicznie dwuznacznego. To trochę tak, jakby drugorzędny oficer SS przybywał w imieniu narodu niemieckiego do podwarszawskich Palmir, z hołdem dla tam pomordowanych. Lecz z drugiej strony świat niegdyś nie miał nic przeciw temu, by członek NSDAP i kanclerz wolnych Niemiec Kurt Kiesinger składał hołd ofiarom niemieckich obozów zagłady. A patrząc z takiej perspektywy, można dostrzec, że kwietniowa obecność szefa rządu Rosji w katyńskim lesie śmierci będzie drugim poważnym rosyjskim krokiem ku prawdzie i przyzwoitości, po tym jak Borys Jelcyn ujawnił sporządzoną przez Berię notatkę 794/B, z podpisami Stalina, Woroszyłowa, Mikojana i Mołotowa. Trzecim winien być proces karny przed rosyjskim sądem za nieprzedawniające się ludobójstwo, a czwartym - odszkodowania dla rodzin ofiar, przed czym Moskwa broni się rękami i nogami. Sprawa katyńska była, jest i pozostanie czymś na kształt sprawdzianu przynależności Rosji do cywilizowanego świata. I tu nic się nie zmieniło.
Nie jest dziś jasne, jaki wydźwięk będą mieć kwietniowe uroczystości w lesie katyńskim. Rosyjski historyk Swanidze publicznie snuje refleksje, iż być może Putin będzie chciał w Katyniu przekonać Tuska, iż sprawcami zbrodni są jednak Niemcy albo że sprawcy są nadal nieznani. Przypuszczenia rosyjskiego historyka są absurdalne, ale pokazują skalę myślowego zamętu, jaki swoją decyzją wywołał Putin w Rosji. Racjonalnie należy raczej założyć, iż skoro rosyjski premier zdecydował się na przybycie do Katynia, musi być też zdecydowany co najmniej uznać sowiecką odpowiedzialność za zbrodnię i potępić sprawców. To jest dla Putina konieczność minimum, jeśli jego obecność nie ma się przekształcić w zgorszenie. I jeśli tak się stanie, to Tusk będzie miał na koncie istotny sukces w roztapianiu arktycznego zlodowacenia między Polską i Rosją w kwestiach historycznych.
Ale kluczowe pytanie polityczne brzmi: jak lekkie rozmrożenie historii wpłynie na realną politykę? Interesy Rosji i Polski w Europie są bowiem odmienne. I o ile możliwa jest poprawna forma rosyjsko-polskiej dyplomacji, o tyle trudno wyobrazić sobie istotną zmianę treści samych stosunków. Chyba żeby Moskwa nagle przestała myśleć w kategoriach geopolitycznej dominacji na wschodzie Europy. Albo Warszawa uznała, że fiński status milczącej akceptacji in blanco dla każdej rosyjskiej polityki jest tym, co odpowiada polskim międzynarodowym interesom i aspiracjom. Na razie trudno wyobrazić sobie pierwsze bądź drugie. Nawet jeśli rząd Tuska wobec Moskwy lekko przygiął kolana.
Sprawa dotyczy także polityki wewnątrzpolskiej. Było i jest oczywiste, że w uroczystościach katyńskich zechce wziąć udział prezydent Kaczyński, tak z racji pryncypialnych - w roli strażnika narodowej pamięci, jak i taktycznych - jako kandydat do reelekcji. Dobrze by było, aby wspólna niechęć premierów Polski i Rosji do Kaczyńskiego nie zaowocowała małostkowym planem utrudnienia mu owej obecności pod jakimś protokolarno-fałszywym pretekstem. Wtedy bowiem wewnątrzpolska i nie całkiem poważna kwestia może się okazać bardziej pierwszorzędna od pamięci o zamordowanych oficerach.
historyk
Autor jest politologiem i historykiem, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego
jan.rokita@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu