Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Długa lista mitów o lobbingu

Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Za każdym niemal razem, gdy mówi się o lobbingu, Polacy są oszukiwani. Przez media, polityków, nadwornych komentatorów od wszystkiego oraz udających wzburzenie pseudomentorów doszukujących się w tej instytucji jedynie nieprawości.

Tymczasem w państwach, w których istnieje demokracja bez przymiotników, lobbing był, jest i będzie niezbędnym elementem procesu tworzenia dobrego prawa.

Jak dowodzi długoletnia praktyka, "wszechwiedza" ministerialnych urzędników często kosztuje obywateli zbyt wiele, by polegać wyłącznie na kompetencji i umiejętnościach przedstawicieli administracji. Mamy tu na myśli społeczne i finansowe konsekwencje wprowadzania w życie oraz obowiązywania przepisów złych albo tworzonych w złej wierze. Dlatego prawdziwi lobbyści są polskiej demokracji po prostu potrzebni.

W rejestrze lobbystów prowadzonym przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji znajduje się 155 firm i osób. Większość z nich nie prowadzi jednak żadnej działalności lobbingowej. Ci, którzy rzeczywiście się tym zajmują, nie figurują bowiem w tym zestawieniu, gdyż nie mają takiego obowiązku - ustawa z 2005 r. nakłada jedynie obowiązek rejestrowania się w MSWiA tych, którzy lobbują za pieniądze i działają na rzecz osób trzecich. Tymczasem sejmowe korytarze wydeptuje armia znakomitych fachowców wnoszących do dyskusji nad projektami ustaw ważny, nierzadko decydujący merytoryczny wkład.

Setki przedstawicieli izb gospodarczych, związków zawodowych, organizacji samorządowych, stowarzyszeń i wielu innych organizacji branżowych lub biznesowych lobbuje we własnym imieniu i na własną korzyść. Nikt im tego nie może zabronić, bo dzięki temu posłowie stanowiący prawo mają kontakt z tymi, których nowe przepisy będą dotyczyć. Dziwią nas komentarze ekspertów od "transparentności", iż najlepiej byłoby, gdyby projekty ustaw były przygotowywane wyłącznie przez tzw. ekspertów sejmowych lub urzędników. Podobno są oni gwarantem "niezależności". Dlaczego nas to dziwi? Bo nie ma w polityce czegoś takiego jak niezależny, obiektywny ekspert. Każdy z nas ma swoje poglądy, każdy reprezentuje czyjś interes. Wciąż pokutuje przekonanie, że istnieje tzw. interes społeczny. Społeczny, czyli czyj?

Warto w tym miejscu przytoczyć dwie głośne ostatnio decyzje podjęte przez urzędników i polityków. Oficjalnie w naszym, obywateli, interesie. Pierwsza to decyzja GDDKiA o wypowiedzeniu umowy na budowę odcinka autostrady A1. Umowa została zerwana przez urzędnika, bo wykonawca nie dawał szans na terminowe wykonanie prac. Czyli dobrze dla nas, jako podatników. Ale jednocześnie 1300 polskich obywateli straciło pracę, a kilkadziesiąt polskich firm płacących podatki, także na pensje urzędników GDDKiA, jest zagrożonych w swoim istnieniu. Dobrze czy źle? Dla nas, obywateli, źle.

Drugi przypadek. Sławna afera hazardowa, od której padło kilku ministrów, a klasa polityczna uzyskała genialny temat zastępczy do dyskusji. Przegłosowane w ekspresowym tempie przepisy (na marginesie - ciekawe, dlaczego nie można tak szybko usuwać innych bubli prawnych z polskiego systemu prawnego?) mają zlikwidować jednorękich bandytów stojących na rogu niemal każdej ulicy. Przy okazji zlikwidowano licencjonowane salony gier, które w formie podatków zasilają budżet całkiem niezłą sumą. Ale najważniejszą zmianą jest oddanie właścicielom kasyn monopolu na hazard w Polsce. Oni jako jedyni skorzystali na tej burzy. Dobrze czy źle? W czyim interesie uchwalono taką, a nie inną wersję przepisów?

Adresaci zmian prawnych muszą mieć prawo uczestniczyć w dyskusji na temat ich kierunków i jakości. Muszą mieć prawo zgłaszania do nich swoich uwag. Dzisiaj jako obywatele RP mamy teoretycznie zagwarantowane takie prawo. Ale wciąż w uszach brzmią nam słowa premiera Donalda Tuska w trakcie prac nad ostatnią wersją przepisów o hazardzie: "Przeprowadzimy konsultacje społeczne tego projektu, ale zrobię wszystko, aby żaden ważny przepis nie uległ zmianie". Pierwsze pytanie, które należy od razu postawić: jakie przepisy są dla premiera ważne? Drugie: po co w ogóle robić te konsultacje, czy tylko dlatego, że tak nakazuje prawo?

W świadomości Polaków słowo "lobbysta" znaczy tyle samo ile aferzysta, łapówkarz lub złodziej. Symbolem "lobbingu po polsku" stał się Marek Dochnal, człowiek, który nigdy nie zajmował się lobbingiem. Jednak media bezrefleksyjnie nazywają go lobbystą, co bez wątpienia niesprawiedliwie psuje opinię wybitnym fachowcom działającym w tej profesji.

Obraz "lobbysty" pławiącego się w luksusie i pijącego drinki w towarzystwie monarchów i głów państw to kompletna bzdura, obliczona na pobudzenie populistycznych reakcji. Podkreślamy: lobbyści to nie "załatwiacze", którzy mimo trwających od lat kampanii pod hasłem zwalczania lobbystów wciąż zapełniają korytarze parlamentu i ministerstw. Ludzie, którzy rzeczywiście lobbują w Sejmie i Senacie, chodzą w szarych garniturach z teczkami pełnymi dokumentów, a mercedesy z przyciemnianymi szybami widują w salonach samochodowych i reklamach.

Być może taki lobbing nie ma atrakcyjnego oblicza, więc kiepsko sprzedaje się w mediach, ale spróbujmy wyobrazić sobie pracę nad jakąkolwiek ustawą bez fachowych opinii strony społecznej. Można to porównać z budową domu przez ekipę składającą się z nauczycieli, lekarzy, magistrów prawa i pracowników samorządowych. Taki jest przecież skład naszego Sejmu. Bez fachowców z poszczególnych branż nie da się stanowić dobrego prawa. Dlatego zamiast ich opluwać, szanujmy ich, bo pracują w naszym interesie. I nie mylmy ich z różnej maści hochsztaplerami i "załatwiaczami".

Dlaczego nasi lobbyści mają taką podłą opinię? Słowo "lobbing" wchodziło do języka polskiego w tym samym czasie, kiedy w Europie Zachodniej opowiadano sobie ponury dowcip: "Zainwestuj w Polsce - kup sobie posła". Media pełne były spekulacji, ile kosztuje ustawa. Liczba wniosków o uchylenie immunitetu zamieszanym w różne sprawy posłom bywała w niektórych kadencjach tak duża, że nasycenie sejmowej populacji czynami zabronionymi przekraczało średni poziom przestępczości w społeczeństwie. Można więc było, przesadzając oczywiście, uznać Sejm za środowisko kryminogenne. Tam gdzie biorą łapówki, ktoś i za coś musi je wręczać. Padło więc na ludzi zainteresowanych zmianami w prawie. A słowo "lobbysta" pasowało idealnie - jest zagraniczne i atrakcyjnie brzmiące. Politycy wszelkich politycznych barw nie protestowali, bo na linii strzału wreszcie pojawił się ktoś jeszcze gorszy od nich. I tak oto kowal zawinił, Cygana powiesili.

Ustawa lobbingowa z 2005 r. powstała, żeby podreperować wizerunek rządu Leszka Millera. Prace trwały dwa lata, a ich efekty nie są jednoznaczne. Ustawa wprowadziła pozytywne zmiany w dostępie obywateli do informacji publicznej, gdyż zobowiązała rząd do informowania, jakie ustawy będzie kierował do Sejmu i jakie rozporządzenia zamierza przyjąć. To z tej ustawy wynika także prawo do wysłuchań publicznych. Warto jednak zaznaczyć, że takowe odbyło się może dwa razy od chwili uchwalenia przepisów, a mamy trzeci skład Sejmu. Szkoda, że posłowie nie chcą pytać obywateli, co ci sądzą o różnych przepisach. W czasach gdy nie uchwala się już 10 przykazań, a każde rozstrzygnięcie oznacza czyjeś korzyści lub straty, ci, którzy mieliby interes, sami by się ujawnili, bez potrzeby zatrudniania różnych agencji, dziennikarzy śledczych etc. I dobrze, bo byłoby to z pożytkiem dla ogółu, bez płacenia z budżetu na tzw. ekspertów. Szkoda, że autorzy projektu wycofali się z pomysłu objęcia wysłuchaniami publicznymi także samorządów.

Jeśli chodzi o regulacje dotyczące lobbingu, trzeba wyraźnie powiedzieć, że ustawa jest wyrazem bezsilności i jednocześnie bezczelności władzy. Realizuje przewrotną zasadę, wedle której czasami trzeba bardzo dużo zmienić, żeby wszystko pozostało po staremu. Ustawa lobbingowa wprowadziła bowiem regulacje, które niczego nie regulują. Tych, którzy lobują, nie dotyczy, a tych, którzy działają na obrzeżach lobbingu, zmusza do wpisywania się do rejestrów. Nakłada obowiązki nie na urzędników i polityków działających w naszym imieniu i za nasze pieniądze, ale na wszystkich obywateli. I to jest jej największa wada.

Każdy Polak ma prawo zadzwonić do posła czy ministra albo spotkać się z nim i powiedzieć: "Mój drogi, zróbcie taką ustawę, żeby moje interesy szły ku lepszemu". Każdy Polak może sobie lobbować, ile chce, i nikt nie ma prawa mu tego zabraniać. Gwarantuje to nam konstytucja (art. 61 i 63), niestety tylko teoretycznie. Dotyczy to również zawodowego lobbingu. Jeśli elity polityczne uważają inaczej, to zlikwidujmy dyżury posłów w ich okręgach wyborczych i zabrońmy politykom spotykać się z obywatelami. W trakcie takich spotkań wyborcy zgłaszają przeróżne wnioski, często domagając się zmiany niekorzystnych dla nich przepisów. Przecież to też lobbing. Trzeba tu jednak zrobić ważne zastrzeżenie: żaden poseł ani minister nie może ot tak zmieniać prawa - każda zmiana prawa musi być wynikiem szerokiej dyskusji zainteresowanych stron. Jednak w tej dyskusji to politycy, a nie obywatele, muszą podlegać licznym ograniczeniom. Jeśli przepisy lobbingowe mają stwarzać ograniczenia, powinny to być ograniczenia dotyczące polityków. Żadne inne przepisy lobbingowe nie są potrzebne ani uprawnione. Potwierdzeniem słuszności takiego punktu widzenia jest to, że w większości państw europejskich nie ma ustaw lobbingowych. Najczęściej lobbyści zawodowi są tam zrzeszeni w organizacjach branżowych i podlegają wewnętrznym kodeksom etycznym. Politycy natomiast są ograniczani przepisami regulującymi zasady pełnienia funkcji parlamentarnej.

Jeśli już musimy coś w tej sprawie nakazywać, to nakażmy politykom, by musieli zasięgać opinii obywateli w określonym trybie i czasie. Zabrońmy zmiany przepisów w tydzień, bo taki jest aktualny interes polityczny. I wymuśmy nagrywanie oraz upublicznianie każdego etapu tworzenia prawa - już od samego pomysłu (dzisiaj dzieje się to tylko od etapu posiedzeń komisji sejmowej, a to już jest na ogół za późno). Propozycje takiego podejścia do lobbingu pojawiały się również w czasie prac nad ustawą z 2005 r. Niestety wtedy presja, by wykazać się przed opinią publiczną twardą postawą, zwyciężyła ze zdrowym rozsądkiem.

Dzisiaj jest najwyższy czas, żeby wrócić do poważnej debaty na temat lobbingu. Afera hazardowa przeniosła dyskusję o dopuszczalnych formach lobbingu z obszaru troski o państwo w realia walki politycznej. Hasło "zabić wroga" jest dzisiaj najważniejsze. Dodajmy jednak - najważniejsze dla polityków i dla znacznej części mediów. Dla nas, obywateli, żadna korzyść z tej wojny nie wynika. Nam potrzeba uzdrowienia rzeczywistości tak, aby ważny element debaty publicznej - lobbing - przestał być traktowany z beztroską ignorancją.

@RY1@i02/2010/009/i02.2010.009.000.0014.001.jpg@RY2@

Marek Dochnal spotykał się nawet z brytyjską królową, Windsdor, 2004 rok

Fot. J. Maciej Goliszewski/EPOKA

prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich

Współautorem tekstu jest

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.