Brzemię Nadmiernych regulacji
Tegoroczne święta zostaną dobrze zapamiętane przez Norwegów. Zagrożony został podstawowy element ich bożonarodzeniowej tradycji, jakim jest obecność na świątecznych stołach siedmiu różnych rodzajów ciast. Powód: brak masła.
Przyznam, że to dość dziwaczne uczucie oglądać zdjęcia kolejek do sklepów, gdzie akurat masło rzucili. Albo pustych półek w supermarketach, w których masła zabrakło. Skojarzenie jest oczywiste: PRL i wielki wysiłek ludzi, żeby kupić cokolwiek na Gwiazdkę. Tylko że wtedy mieliśmy do czynienia z totalitaryzmem politycznym i rynkowym, a tutaj zabrakło masła w zasobnej, demokratycznej i wolnorynkowej Norwegii.
Wytłumaczeń jest kilka. Po pierwsze, Norwegowie oszaleli ponoć na punkcie diety, której głównym składnikiem jest nabiał. Czyli wzmożony popyt, podbity potrzebą pieczenia świątecznych ciast. Po drugie, deszczowe lato, które spowodowało kryzys w przemyśle mleczarskim. Po trzecie, jak zwykle przy takiej okazji pojawiły się domniemania, że to spekulanci spustoszyli rynek. Jest i czwarty powód, kto wie, czy nie najpoważniejszy. Otóż gdyby w Polsce zaczęło brakować tak podstawowego towaru, natychmiast rzesza mniejszych i większych handlowców zaczęłaby go przywozić nad Wisłę z zagranicy. Może masło byłoby droższe, ale sklepy nie ziałyby pustkami.
To rodzaj oczywistej oczywistości, ale nie w Norwegii. Otóż związki tego kraju z Unią Europejską są bardzo silne, ale Norwegia członkiem Wspólnoty nie jest. Dlatego w najlepsze funkcjonuje tam słowo, o którym w Polsce nieco zapomnieliśmy: cło. W przypadku masła - zaporowe. Dlatego nie dało się zalać Norwegii produktem duńskim czy polskim. A tamtejsze media pełne są doniesień z frontu walki z kryzysem masłowym. Swoistą sławę zyskał pewien Rosjanin, który próbował przemycić ze Szwecji aż 90 kg deficytowego towaru. Państwo norweskie zadziałało i służby celne zatrzymały przestępcę. Parę dni później władze zdecydowały się zresztą na czasowe obniżenie - ale nie zlikwidowanie - cła.
Dzięki Unii Europejskiej w Polsce nie mamy do czynienia z takimi sytuacjami. I to jest oczywista korzyść z przynależności do Wspólnoty. Jeżeli ktoś ma fantazję, może sobie sprowadzać masło z Portugalii, i tu nie ma żadnych ograniczeń. Żeby jednak nie było tak słodko, trzeba przypomnieć, że zadziwiające rzeczy, które jeszcze nie tak dawno działy się na naszym rynku z cukrem, miały swoją przyczynę ni mniej, ni więcej tylko w UE i jej regulacjach. A dotyczyły one ograniczania produkcji cukru, gdyż uznano, że w Europie jest go zbyt dużo. Racja, tyle że narzucenie sztywnego gorsetu na rynek spowodowało, że przy wzroście popytu cukru niespodziewanie zaczęło brakować, a jego ceny poszybowały w kosmos. Rynek na szczęście dosyć szybko sam się wyregulował, między innymi właśnie dzięki prywatnemu importowi.
Te dwa przykłady - choć jest ich mnóstwo - pokazują, jaką czkawką odbijają się regulacje rynku. Norwegowie chcieli chronić rodzimych mleczarzy - no to mieli nerwy przed świętami. Unia bała się, że utonie w cukrze - no to mieliśmy słodką zapaść.
Niestety, Norwegowie w tej całej sytuacji mają nieco lepiej. Nauczyli się bowiem wytwarzać masło prywatnie, w domach. Co więcej, deklarują, że do tego sklepowego nie wrócą. Zagranie na nosie producentom cukru i państwu z jego regulacjami jest raczej niemożliwe. A szkoda.
@RY1@i02/2011/248/i02.2011.248.18600120a.802.jpg@RY2@
Marcin Piasecki, wydawca "Dziennika Gazety Prawnej"
Marcin Piasecki
wydawca "Dziennika Gazety Prawnej"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu