Postęp i upadek demokracji.Paradoks globalnego chaosu
R ok 2011 zapisze się w historii jednocześnie jako postęp i porażka demokracji. Pod wpływem rozbudzenia politycznego narodów upadły tyranie w świecie arabskim. Natomiast w bogatych krajach obieralni liderzy są sparaliżowani przez kryzys. Oto kolejny paradoks nowego globalnego chaosu. Nie przypominam sobie prognoz, które mówiłyby, że dobra nowina nadejdzie z arabskiej ulicy, ani też, że grecki kryzys dłużny przerodzi się w fundamentalne zagrożenie dla europejskiej integracji. Żyjemy w epoce, która zaprzecza założeniom biorącym się ze starego porządku.
Tyrania, według wielu naturalny stan rzeczy na Bliskim Wschodzie, kruszy się. Powstania w Tunezji, Egipcie i Libii wprawiły w zakłopotanie zwolenników realpolitik. Potrzeba wolności i godności ludzkiej obaliła reżimy, które jeszcze niedawno wydawały się wieczne. Autokratyczni liderzy na całym świecie muszą teraz uważnie rozglądać się dookoła. Droga do demokracji będzie wyboista. Amerykanom i Europejczykom mogą się nie podobać niektóre wybory dokonywane przez świeżo wyemancypowanych obywateli.
Historia jest po stronie pluralizmu politycznego. Wprawdzie decydenci i komentatorzy uznali niegdyś, że nowe mocarstwa stwarzają nowy paradygmat - kapitalizm może istnieć równolegle z systemem autorytarnym. Jednak impuls do zmian wykracza poza świat arabski i niepokoi już chińskich przywódców.
Europejczycy i Amerykanie nie powinni udzielać lekcji nowym demokracjom. Ich własne systemy polityczne są napięte do granic możliwości z powodu niekorzystnych warunków gospodarczych i zmiany w globalnej równowadze sił. Kryzys wspólnej europejskiej waluty prawdopodobnie wciągnie Stary Kontynent w recesję. Straciłem już rachubę szczytów, których celem było uratowanie euro. Europejczycy stworzyli z wahań formę sztuki.
Kontynentalni politycy stali się więźniami swojego strachu. Bojąc się rodzimych elektoratów, zawęzili sobie pole do identyfikacji wspólnych interesów. Zagrożenie, które obejmuje obie strony Atlantyku, to rozczarowanie społeczeństwa politycznym establishmentem. Czy chodzi o obawę przed rynkami dłużnymi, czy konkurencję ze strony gospodarek wschodzących, rządy są unieruchomione pomiędzy globalną gospodarką a lokalną polityką.
Europę w przyszłym roku czeka zapewne spadek standardu życia, wzrost bezrobocia i oszczędności w usługach publicznych. Beneficjentami takiego stanu będą populiści. W tym tygodniu usłyszałem od pewnego wpływowego polityka, że głównymi czynnikami w polityce demokratycznej mogą wkrótce stać się strach i ksenofobia. Europejczycy powinni dobrze wiedzieć, jakie mroczne siły potrafi wyzwolić kryzys.
Jednak nie ma sensu winić demokracji. Jeżeli w tym morzu pesymizmu jest jakiś jasny punkt, to taki, że autokraci na całym świecie będą się w 2012 roku bać jeszcze bardziej.
Philip Stephens
publicysta "Financial Timesa"
Tłum. TK
© The Financial Times Limited 2011. All Rights Reserved
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu