Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Obywatel pilnie potrzebny

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Budapeszt rozpoczął wydawanie paszportów Węgrom z państw ościennych. Dołączył do Bukaresztu i Madrytu, które też pozyskują w ten sposób nowych obywateli. Polska zawaliła sprowadzanie rodaków z zagranicy

Po Nowym Roku tysiące etnicznych Węgrów w Rumunii zaczęły składać podania o węgierskie obywatelstwo. Pierwszym aplikantem w Oradei był Laszlo Tokes, którego aresztowanie w 1989 r. stało się iskrą zapalną obalenia rządów Nicolae Ceausescu. Pójdą za nimi Węgrzy na Słowacji, w serbskiej Wojwodinie i ukraińskim Zakarpaciu. Operacja może dać Budapesztowi nawet 2,5 miliona nowych obywateli, na tyle bowiem jest szacowana węgierska mniejszość w krajach ościennych.

O Węgrzech stało się ostatnio głośno z powodu wprowadzenia przez rząd Viktora Orbana podatku kryzysowego dla koncernów i banków, ograniczenia uprawnień trybunału konstytucyjnego oraz ustawy medialnej pozwalającej nałożyć na gazety oraz stacje radiowe i telewizyjne drakońskie kary za szkodzenie polityce władz. Wszystko to sprzęgło się na półroczną prezydencję, która zaczęła się 1 stycznia pod złą gwiazdą i nie rokuje najlepiej. Wobec tych wydarzeń rozpoczęcie wraz z nowym rokiem operacji "paszport" przeszło niemal bez echa, a szkoda - jest bowiem jaskrawszym przykładem podkradania sąsiadom ludności, co charakteryzowało raczej wieki średnie niż rozwinięte społeczeństwa postindustrialne.

Ludzie stali się cennym nabytkiem z powodu zapaści demograficznej Europy. Każdy pracujący człowiek zwiększa PKB i wypełnia lukę w ubywającej ludności, daje szansę na kontynuowanie wzrostu, a przynajmniej powstrzymanie trwałej recesji. Europejski wskaźnik płodności oscyluje wokół 1,5 dziecka na kobietę, w krajach prowadzących aktywną politykę pozyskiwania obywateli jest jeszcze mniejszy: na Węgrzech i w Rumunii - 1,3, w Hiszpanii - 1,4. Do zastępowalności pokoleń potrzeba tymczasem wskaźnika 2.1. Europejczyków będzie zatem ubywać, co grozi osłabieniem siły gospodarczej Unii, chyba że dojdzie do zautomatyzowania na masową skalę produkcji i usług. To jednak bardziej futurologia niż rzetelne planowanie przyszłości, pewniejsze pozostaje więc pozyskiwanie ludzi.

Złe doświadczenia Europy, szczególnie zachodniej, z imigrantami o odmiennych korzeniach kulturowych sprawiają, że teraz nie chodzi po prostu o dodatkowe ręce do pracy, ale o nowych obywateli możliwie podobnych z wyglądu i zachowań do rdzennej ludności, a najlepiej rodaków rozsianych przez historię po innych państwach.

Oficjalnie Węgry - podobnie zresztą jak Rumunia, Hiszpania, Rosja, a w poprzednich dekadach Niemcy i Izrael - wysysając ich z zagranicy, nie kierują się przesłankami ekonomicznymi, lecz historycznymi lub moralnymi. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że silniejsze od motywacji sentymentalnej są racje gospodarcze.

W maju ubiegłego roku parlament w Budapeszcie niemal jednogłośnie uchwalił nowe prawo o obywatelstwie. Od 1 stycznia może być przyznawane wszystkim, którzy wykażą się madziarskim pochodzeniem po rodzicach lub choćby dziadkach oraz mówią po węgiersku, niekoniecznie płynnie, wykluczeni są tylko ludzie z przeszłością kryminalną. Nowi Węgrzy nie będą mieli jednak prawa wyborczego ani uprawnień socjalnych, chyba że... przyjadą na Węgry.

Budapeszt nie jest pierwszą stolicą, która przyzywa rodaków do powrotu. Politykę zasysania z zagranicy prowadzi też z powodzeniem Rumunia. Obowiązuje tam od 2009 r. prawo do obywatelstwa dla wszystkich potomków obywateli przedwojennego państwa rumuńskiego przegłosowane tylko po to, by można było przyznawać je Mołdawianom. Po przystąpieniu Rumunii do Unii Europejskiej podania o jej paszporty złożyło ponad milion obywateli Mołdawii, czyli jedna czwarta populacji. Na tyle też oblicza się imigrantów, którzy opuścili kraj i przenieśli się do UE. Polityka rumuńska jest dla Mołdawian wręcz darem z nieba, mogą bowiem stać się obywatelami Unii, żyjąc poza jej granicami, a w dodatku w kraju uznawanym za najbiedniejszy na Starym Kontynencie.

Władze w Kiszyniowie uznały rumuńską operację "paszport" za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Podobnie zresztą jak słowacki rząd poczynania Węgier. Nic dziwnego, kryteria rumuńskiej ustawy o obywatelstwie spełnia w Mołdawii niemal 70 proc. ludności. Gdyby więc wszyscy uprawnieni zechcieli skorzystać z oferty Bukaresztu i w konsekwencji wyjechać, w państwie pozostaliby tylko osadnicy z czasów sowieckich i ich potomkowie. Na Słowacji byłoby to 10 proc. populacji.

Przez setki lat, do XVIII w., na północ od Karpat działały wynajęte przez węgierskich magnatów bandy najemników zwanych tołhajami. Ich zadaniem było polowanie na ludzi. Pustoszyli między innymi rejon Bieszczad, ale ofiarą łowców niewolników padały nie tylko ziemie Rzeczypospolitej. Uprowadzali całe wioski i przeganiali niczym bydło na południe, gdzie Węgrzy osadzali je na swoich włościach. Wprawdzie nie było wówczas problemów z zastępowalnością pokoleń, ale rozmiar państwa węgierskiego przy słabym zaludnieniu powodował, że wielkie połacie żyznej ziemi leżały odłogiem, wystarczyło je obsiać, a do tego brakowało ludzi. Podobnie sprawy miały się także na północy. Podczas wojny Rzeczypospolitej z Moskwą w latach 50. XVII w. rosyjskie wojska, które najechały Litwę, uprowadziły niemal trzy czwarte jej chłopów i deportowały na bezludzia Rusi. Ani węgierscy magnaci, ani carscy żołdacy nie twierdzili jednak, że pożądają ludzi z powodów historycznych czy politycznych, byli potrzebni, by kwitła gospodarka. Teraz jest podobnie, choć różnią się metody (na szczęście) i oficjalne motywacje.

Węgrzy oraz Rumuni kierują się względami narodowymi, pierwsi chcą polityką paszportową przekreślić hańbę traktatu z Trianon z 1920 r., który odebrał im trzy czwarte terytorium. Drudzy zaś utratę w 1940 r. na rzecz ZSRR Besarabii, czyli dzisiejszej Mołdawii. Ciekawym przypadkiem jest Hiszpania. Łowiąc nowych obywateli, także pragnie naprawić historię, ale z dokładnie przeciwnych pobudek niż Węgrzy i Rumuni, czyli antynarodowych. Socjalistyczny rząd Zapatero w 2008 r. przeforsował w parlamencie prawo do paszportu dla wszystkich potomków obywateli hiszpańskich, którzy uciekli z kraju podczas wojny domowej lub wskutek późniejszych represji generała Franco. Kiedy nowe prawo weszło w życie, przed konsulatem w Hawanie ustawiły się długie kolejki uprawnionych. Do dziś paszporty dostało około pół miliona potomków uchodźców drenowanych teraz głównie z Kuby, Argentyny i innych krajów latynoamerykańskich. W sumie otrzyma je ponad milion osób. Choć kierowani pobudkami internacjonalistycznymi socjaliści dziwnym trafem zapraszają do Hiszpanii białych katolików, a nie kolorowych muzułmanów. Retoryka jakże odmienna od racji węgierskich czy rumuńskich, skutek - ten sam.

Marnie przy tych zabiegach wygląda polska polityka pozyskiwania nowych obywateli, a mamy na Wschodzie spory rezerwuar Polaków oraz osób, które mogłyby podpadać pod tę kategorię. I tak, jak inne państwa Europy, cierpimy na zapaść demograficzną. Ani tak zwana repatriacja z lat 90., ani Karta Polaka nie umywają się do konsekwentnych działań Węgier, Rumunii, Hiszpanii, a wcześniej Niemiec i Izraela. Nie chcemy Polaków lub podobnych nam Słowian ze wschodu, to demograficzną dziurę wypełnią Wietnamczycy. Wybór należy do nas.

@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.186.0016.001.jpg@RY2@

Fot. Fotolink

W Europie ludzie znów stali się cenni, szczególnie gdy mają biały odcień skóry. A jeszcze lepiej, jeśli są to rodacy rozsiani przez historię po innych państwach. Na zdjęciu węgierska młodzież ze szkoły w Siedmiogrodzie

@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.186.0016.002.jpg@RY2@

Andrzej Talaga

Andrzej Talaga

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.