Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Nasze bożonarodzeniowe stresy, pomyłki i głupstwa

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Nie wiem jak państwo, ale ja uważam, że koszmarne piosenki, których musimy aż do znudzenia słuchać podczas zakupów przed Bożym Narodzeniem, to jedna z najmniej atrakcyjnych stron świąt. Kiedy po raz setny słyszę "White Christmas", uciekam do najbliższego pubu. Jednak wystarczy posłuchać kawałka "Father Christmas" zespołu The Kinks, by powrócić do normalności. Nie znajdziecie go na liście 100 najbardziej popularnych świątecznych piosenek, choć jest jedną z najlepszych. I odzwierciedla ekonomiczną stronę świąt lepiej niż wszystkie przesłodzone utwory, które tak bardzo kochają menedżerowie centrów handlowych w Polsce.

W piosence grupa dzieciaków grozi sklepowemu mikołajowi: "Święty mikołaju daj nam pieniądze/ Bo na głupie zabawki nie mamy czasu/ Skopiemy Cię, jeśli nie dasz nam kasy/ Te głupie zabawki oddaj małym bogaczom". Te słowa to balsam dla duszy ekonomisty. Święta korzystne dla gospodarki to bzdura, bo są nieefektywne z punktu widzenia produkcji i rozdysponowania środków. O czym mówisz, zapytają państwo, przecież te wszystkie nasze wydatki podnoszą sprzedaż?

Jako zwolennik keynesizmu po części zgadzam się z takim punktem widzenia. Keynes powiedział, że w czasach recesji "państwo powinno wynajmować ludzi, by kopali doły, a potem je zasypywali". Dziś płacimy Chińczykom za wykopanie świątecznego dołu, co z naszej perspektywy nie ma sensu. Chyba że w zamian zaczną kupować polską wódkę. Ale na to się nie zanosi.

Z ekonomicznego punktu widzenia system jest efektywny, jeśli daje konsumentowi maksymalne zadowolenie w zamian za poniesione wydatki. Jak to zmierzyć? Proszę spytać obdarowanego, ile zapłaciłby za prezent. Jeśli podana kwota będzie wyższa od wydanej przez państwa, oznacza to zadowolenie in plus. Jeśli niższa, są państwo stratni. Więc ile byliby państwo gotowi zapłacić za parowar, który od roku kurzy się w szafce? I chcieliby państwo, żeby ktoś zobaczył was w czerwonych skarpetach Świętego Mikołaja podarowanych przez kuzyna?

Gospodarcze zarzuty przeciwko świętom jako pierwszy, w 1993 r., postawił ekonomista Joel Waldfogel z uniwersytetu w Minnesocie. Jeśli jego szacunki odniesie się do polskich realiów, okazuje się, że z każdych 100 zł wydanych na prezenty aż 20 zł jest zmarnowanych. Jego wnioski zostały oczywiście zakwestionowane. Niektórzy badacze twierdzą, że prezenty przynoszą do 200 proc. zysku. Musieli jednak stawać na głowie, żeby tego dowieść. A kiedy ekonomiści zaczynają kierować się emocjami, wygląda to tak, jakby bankierzy sprzedawali moralność.

Pozostaje kwestia efektywności, która oznacza minimalizację kosztów przy założonej wielkości produkcji. I pod tym względem święta to tragedia. Trzeba wziąć pod uwagę wszystkich dodatkowych pracowników zatrudnianych tylko po to, by poradzić sobie z przedświąteczną gorączką, wydatki związane z magazynowaniem, transportem oraz innymi rzeczami, na które zapotrzebowanie jest tylko przed Bożym Narodzeniem. Do tego dochodzą problemy z zarządzaniem. Proszę pomyśleć tylko o cierpieniach neurotycznych menedżerów podliczających państwa wydatki. Potem zaczynają się wyprzedaże, dzięki którym sklepy pozbywają się zapasów, i mroczny okres pod koniec stycznia i w lutym, kiedy konsumenci ochłoną po szale zakupów.

Powstaje pytanie, czy konsumpcja znacząco by spadła, gdyby zniknęły bożonarodzeniowe wydatki? Czy zmniejszałby się popyt w stosunku do PKB, jeśli świąt by nie było? Ankieta przeprowadzona wśród 51 ekonomistów przez dziennik "Wall Street Journal" wykazała, że w opinii 2/3 badanych nie miałoby to żadnego wpływu. Reszta stwierdziła, że ludzie więcej by oszczędzali, co biorąc pod uwagę wysoki poziom zadłużenia zachodnich społeczeństw nie byłoby takie złe. Święta na kreskę nie są dobrym pomysłem.

Sprzedawcy detaliczni, jak to sprzedawcy, mogą się z tym nie zgodzić, ponieważ podczas świątecznych zakupów ludzie zwracają mniejszą uwagę na cenę (zwłaszcza klienci płci męskiej, którzy rzucają się do sklepów, żeby w ostatniej chwili kupić cokolwiek dla ukochanej małżonki). I co by się stało ze sprzedawcami świeczek, kubków i przeróżnych drobiazgów, gdyby nie było świąt? Niewygodna prawda polega na tym, że mielibyśmy bardziej racjonalne podejście do wydatków i dysponowalibyśmy środkami w bardziej efektywny sposób. Żegnajcie niezliczone zestawy mydełek, wymyślne opakowania, pachnące olejki do kąpieli i owocowe żele pod prysznic oraz wszystkie te małe eleganckie kubeczki i pojemniczki, które zagracają nasze szafki, póki nie zostaną wyrzucone.

Istnieje jeszcze jedna świąteczna anomalia, która może mieć poważne skutki ekonomiczne. Najlepiej podsumowuje ją piosenka zespołu Wham! "Last Christmas" o złamanym sercu. Sezon przedświąteczny sprzyja tworzeniu związków, ale są to zwykle związki krótkotrwałe. Na służbowych świątecznych imprezach i wyjazdach pozwalamy sobie na więcej, więc czasami cierpią na tym nasze rodziny. Co więcej, czy to społeczny przymus spędzania czasu z rodziną, czy stres związany z przygotowaniem Bożego Narodzenia lub świątecznym romansem, ale styczeń to najbardziej zapracowany miesiąc dla prawników zajmujących się rozwodami.

Ludzie intuicyjnie zaczęli tworzyć alternatywne rozwiązania, by ograniczyć świąteczne straty. W Wielkiej Brytanii coraz więcej rodzin w tym czasie wyjeżdża za granicę. W mojej rodzinie promuje się tradycję Sekretnego Świętego Mikołaja. Każdy z członków rodziny przygotowuje krótką listę rzeczy, które chciałby dostać. Tę listę przekazuje się innemu członkowi rodziny. Voila. Obdarowany dostaje coś, czego naprawdę chce, a darczyńca kupuje tylko jeden, ale wartościowy prezent. Maksymalna satysfakcja odpowiadająca wydanym pieniądzom. I zawsze można wręczyć gotówkę. Witajcie w świecie racjonalnej ekonomii. Czas porzucić święta w tej formie, w której je znamy.

Ale poczekajcie chwilę. Może sam nigdy bym nie kupił plastikowego modelu statku do sklejania, który dały mi dzieci i który leży na półce od dwóch lat, ale za każdym razem kiedy na niego patrzę, robi mi się ciepło na duszy. Może nigdy nie przeczytam "Krótkiej historii czasu" ani nie wypiję koszmarnie słodkiego czerwonego greckiego wina, ale miło wspominam ludzi, którzy mi je dali. Francuski antropolog i socjolog Marcel Mauss napisał esej zatytułowany "Prezent", w którym w błyskotliwy sposób pokazuje znaczenia daru jako spoiwa społeczności. Dawanie prezentów nie jest zjawiskiem właściwym wyłącznie chrześcijanom. Jego korzenie sięgają czasów, kiedy całe społeczeństwa były zbudowane wokół darów. Przykładem tego jest potlacz - ceremonia Indian z Ameryki Północnej, podczas której człowiek jest oceniany według liczby rozdanych innym dóbr. Bardziej atrakcyjna jest stara wedyczna zasada: "Daję ci, co ty możesz dać". Może dlatego dawanie prezentów jest tak zakorzenione w kulturze narodów słowiańskich. Mauss twierdzi nawet, że prezent to forma ofiary i że dawanie to ofiarowanie części siebie. Może dlatego komercjalizacja Bożego Narodzenia wzbudza w nas taką niechęć.

I dlatego pieniądze nie są akceptowane jako prezent (z wyjątkiem bardzo specyficznych sytuacji): bo wnoszą świecką użyteczność do świąt. Pieniądze to utylitarna definicja konia: "Koń jaki jest, każdy widzi". Czy "dajcie nam prawdziwą forsę", zastępowanie prezentu pieniędzmi, jest "wycofywaniem się z życia społecznego oraz izolowaniem się wynikającym z niebezpiecznego osłabienia więzi społecznych", jak to sugerował w 1973 roku Steven Lukes w książce "Indywidualizm"? Czy obserwujemy triumf indywidualizmu i egoizmu w swoim zachowaniu podczas świąt?

Na to pytanie muszą państwo odpowiedzieć sami, ale rozpatrywanie dawania świątecznych prezentów wyłącznie w kategoriach ekonomicznych jest niedostrzeganiem istoty zjawiska. Wymiana prezentów jest symboliczna, ważne jest dawanie. Nie prezent jako taki. Dawanie pieniędzy, choć racjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, nigdy nie będzie miało takiego przesłania. Prosze pomyśleć o tym w święta, a ja zostawiam państwa z ostatnią zwrotką piosenki The Kinks: "Życzymy wam bardzo Wesołych Świąt/ Bawcie się dobrze/ Ale bawiąc się i pijąc/ Pamiętajcie o dzieciach, które nie mają nic".

Tłum. IC

@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000380a.807.jpg@RY2@

reuters

@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000380a.808.jpg@RY2@

getty images/flash press media

@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.00000380a.809.jpg@RY2@

Tim Clapham, psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski

Tim Clapham

psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.