Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Uczyliśmy się transformacji od innych, teraz my uczymy następnych

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Nie pierwszy raz przyszło mi przybliżać polskie reformy samorządowe za granicą. Ostatnio wraz prof. Michałem Kuleszą oraz liczną grupą polskich samorządowców zawędrowaliśmy do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, gdzie opowiadaliśmy o naszych pracach nad decentralizacją państwa.

O ile w początkach lat 90. nasze prace nad zmianami w organizacji państwa interesowały przede wszystkim Zachód, o tyle ostatnia dekada upływa pod znakiem zaproszeń ze Wschodu i z północnej Afryki.

Jeszcze przed pierwszymi wyborami samorządowymi, bo w lutym 1990 r., gościliśmy z Michałem Kuleszą w siedzibie Rady Europy, przedstawiając tam założenia naszej reformy gminnej, po to by upewnić się przed jej realizacją, że idziemy w dobrym kierunku. Polska nie była jeszcze wówczas członkiem Rady Europy, ale to, co mogli nam zaoferować jej eksperci, pochodzący z krajów, które nie były dotknięte przerwą w budowaniu własnego państwa, było dla nas niezwykle cenne, ponieważ poruszaliśmy się w terenie mało rozpoznanym.

Miałem wówczas takie wrażenie, że pierwszymi wyborami samorządowymi interesowano się bardziej za granicą niż u nas. Przyjechała na nie duża grupa obserwatorów zagranicznych. Byłem przekonany, że frekwencja wyborcza sięgnie co najmniej 70 proc. - były to, bądź co bądź, pierwsze w pełni demokratyczne wybory od lat 30., a tu klops: do urn poszło niewiele ponad 42 proc. uprawnionych do głosowania. Trudno było się natomiast opędzić od zaproszeń zagranicznych - ze Stanów Zjednoczonych, z Anglii, Francji, ale też Niemiec. Polska była wtedy w centrum uwagi, decydowała się na pewne eksperymenty - to, co wtedy robiliśmy u nas, mogło potwierdzać jakieś ogólne prawidłowości, ale też być jakąś nowością. Rychło się jednak okazało, że nasza decentralizacja, aczkolwiek śmiała, podążała w sumie utartymi w Europie ścieżkami. My sami nie mieliśmy wówczas jakichś nadzwyczajnych nowatorskich ambicji. Chodziło o wprowadzenie pewnych podstawowych standardów demokratycznego państwa, sprawdzonych w Europie, ale jednocześnie staraliśmy się wykorzystać wszędzie, gdzie to możliwe, nasze polskie wcześniejsze doświadczenia, przerwane we wrześniu 1939 r.

Coś udało nam się zrealizować, czegoś nie zdołaliśmy osiągnąć - jak to w życiu.

Ale dążąc do zmian w odziedziczonym po latach tzw. realnego socjalizmu państwie, musieliśmy najpierw dobrze rozeznać się w jego naturze - te wszystkie najważniejsze jego punkty konstrukcyjne, które trzeba było umiejętnie rozmontować i usunąć, by zastąpić je nową technologią.

A państwo peerelowskie znaliśmy naprawdę dobrze, zarówno z jego opisu, który miał za zadanie przede wszystkim ukryć o nim prawdę, jak i z własnej obserwacji, można by powiedzieć, uczestniczącej. Ludzi funkcjonujących w totalnej opozycji, poza oficjalnym życiem publicznym, były jeszcze w latach 80. może setki, ale na pewno nie tysiące.

I wydaje się teraz, że to nasze doświadczenie zebrane na styku dwóch systemów, upadającego jesienią ludów w 1989 r. i z trudem tworzonego na początku lat 90., jest najbardziej interesujące dla naszych wschodnich sąsiadów. Wiemy, z jakiego punktu startowaliśmy, jaka była pierwotna wizja, co udało się zrobić, czego nie, gdzie popełniliśmy błędy, może do uniknięcia gdzie indziej, chociaż gdzie tam... Każdy musi chyba popełnić swoje.

W każdym razie teraz zawitaliśmy do Kiszyniowa, gdzie pod patronatem naszego prezydenta i prezydenta Mołdawii i w obecności obydwu prezydentów mogliśmy dzielić się naszym "doświadczeniem demokracji lokalnej w procesie transformacji" - tak właśnie brzmiał tytuł tej konferencji, w której uczestniczyło kilkudziesięciu miejscowych oficjeli i działaczy organizacji pozarządowych.

Ale to, co najbardziej utkwiło mi z tego krótkiego pobytu i na pewno na długo pozostanie w pamięci, to wieczorne spotkanie z miejscowymi Polakami, którzy z zadziwiającą determinacją kultywują swoje przywiązanie do polskości. W czasach sowieckich nie wolno było się do niej przyznawać, a w każdym razie nic dobrego z tego dla indywidualnych osób nie mogło wynikać. Dziś sytuacja się zmieniła, ale pojawiły się nowe problemy. Okazuje się, że w tak zwanej republice naddniestrzańskiej nie sposób zagwarantować bezpieczeństwa nauczycielce języka polskiego. Niemal w samym środku Europy...

@RY1@i02/2012/243/i02.2012.243.00000060a.802.jpg@RY2@

Jerzy Stępień prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Jerzy Stępień

prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.