Przedsiębiorca jest nauczycielem. Mimochodem
Krew się we mnie burzy, gdy słyszę, że przedsiębiorcy to krwiopijcy, którzy wycisną ostatnie soki z kogo się da: od pracowników poprzez kontrahentów po instytucje państwowe. Nie twierdzę, że takich nie ma, jednak przyklejanie tego typu łatki wszystkim, którzy zajmują się biznesem, jest absolutnie nieuzasadnione. Nie chodzi o to, że pazernych ponad miarę właścicieli firm nie należy piętnować - należy jak najbardziej. Ale czy można takim mianem określić kogoś, kto nie chce przyjmować na etaty, a w zamian proponuje współpracę na zasadach firma - firma (popularne samozatrudnienie)? Pewnie spora część społeczeństwa odpowie na to pytanie krótkim "tak", uzasadniając: zatrudniający nie daje wyboru i dba wyłącznie o swoje interesy, bo przecież przerzuca wszystkie obciążenia podatkowo-składkowe na samozatrudnionego, a do tego może się z nim rozstać bez specjalnych komplikacji i dodatkowych kosztów. Rzeczywiście takie są skutki relacji firma - firma. Są też jednak i inne konsekwencje. Mianowicie, że ten wredny przedsiębiorca, który nie chce dać umowy o pracę, wprowadza mimochodem do świata biznesowego ludzi dotychczas z nim nieobeznanych. Przez swoją politykę zatrudnienia zmusza ich do nauki poruszania się wśród różnorakich kontraktów, urzędów, księgowych czy doradców. Ułatwia tym samym wejście na rynek, jeśli taki samozatrudniony wpadnie na pomysł, by zmienić swój dotychczasowy status na zatrudniającego.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.