Korporacje i klienci to nie są równoprawne strony
Zmieniamy się. Z największym entuzjazmem zaakceptowaliśmy gospodarkę wolnorynkową, ale teraz ten zapał wyraźnie maleje. Coraz częściej oczekujemy, że na rynek wkroczy państwo. Ureguluje to, z czym my, klienci, nie dajemy sobie rady. Poskromi korporacje. Ich siła powoduje, że stosunki na linii klienci - dostawcy usług czy towarów przestają być równoprawne. Hasło "klient nasz pan", które tak śmieszyło w PRL, teraz także jest nieprawdziwe, tyle że z innych powodów. Teoretycznie coraz trudniej klientów namówić do wydania pieniędzy, więc sprzedawcy powinni coraz bardziej zabiegać o nasze względy. To jednak tylko teoria.
Zwłaszcza na rynku finansowym, gdzie coraz częściej klienci nie są w stanie prawidłowo ocenić wartości kupowanego towaru ani jego ceny. O tym, że kupili kota w worku, przekonują się, gdy już jest za późno. Pieniądze zostały stracone, a wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Zawarli transakcję dobrowolnie, nikt ich nie zmuszał. Tyle że tak naprawdę nie zdawali sobie sprawy, ile ich to będzie kosztowało. W gospodarce wolnorynkowej swoboda kształtowania umów jest zasadą świętą. Obie strony nie muszą przecież transakcji zawierać, robią to najzupełniej dobrowolnie. Tyle że korporację, zwłaszcza finansową, stać na prawników, którzy tak sformułują umowę, że - jeśli nawet przez jej zawiłą treść przebrniemy - to nie zorientujemy się, na jakie miny można się władować. Podpisujemy, nie do końca wiedząc, co czynimy. Nasza wina.
Skutki nierównoprawności podmiotów na wolnym rynku są opłakane. Fakt, że zaledwie 27 proc. Polaków oszczędza dodatkowo na emeryturę, jest groźny nie tylko dla tych, którzy liczą wyłącznie na ZUS. Jest groźny także dla państwa, które ciężaru żyjących w biedzie starych ludzi może nie udźwignąć. Podstawową przyczyną nieodkładania na starość jest, oczywiście, brak pieniędzy. Ale ci, którzy mimo wszystko zdobywają się na ten wysiłek, czują się co najmniej rozczarowani. Mimo że państwo, teoretycznie, kosztem budżetu, ofiarowuje nam już kilka zachęt finansowych.
Pracodawcę, pewnymi ulgami, zachęca do fundowania nam PPE (Pracowniczego Programu Emerytalnego). A mimo to ta forma oszczędzania na dodatkową emeryturę nie rozkwitła. Ci, którzy z niej skorzystali, doskonale wiedzą, dlaczego - jest nieefektywna. Zarabiają na niej głównie fundusze inwestycyjne, ale nie ci, którzy mieli być beneficjentami. Pracownicy jednej z firm, która na PPE umówiła się z najstarszym funduszem inwestycyjnym w Polsce, oszczędzają już ponad dziesięć lat. W tym czasie giełda przeżywała hossy i bessy, efekty długoterminowego oszczędzania w funduszach w końcu zrównoważonych powinny być zadowalające. Ale nie są. Gdyby te pieniądze pracownicy mogli trzymać w banku, mieliby dziś o wiele więcej. Ale pracownicy, czyli beneficjenci, z programu wycofać się nie mogą! Mogą to zrobić wyłącznie po osiągnięciu wieku emerytalnego lub faktycznym przejściu na emeryturę. Muszą więc brnąć w nieefektywną inwestycję, na której zarabia tylko fundusz. Teoretycznie partnera może zmienić ich pracodawca, to on płaci. Nie jest to jednak takie proste. Kiedy z efektów inwestycyjnych swojego PPE niezadowolony był NBP, zmiana partnera okazała się tak żmudna i trudna, że cała operacja trwała... dwa lata - opowiada pracownik banku centralnego.
Kolejną formą zachęcania nas do odkładania miały być IKE (Indywidualne Konta Emerytalne). Efekty pomnażania pieniędzy zostały zwolnione z podatku Belki. Po kilku latach okazało się, że na uldze zarabiają głównie instytucje finansowe oferujące IKE. Właściciel konta nie wie nawet, ile go to kosztuje. Np. PKO BP każdego roku przysyła rachunek za prowadzenie konta. Ile zażyczy sobie w kolejnym roku - nie wiadomo. Nieznane są więc nie tylko przyszłe efekty inwestycyjne, co naturalne, ale nawet koszty prowadzenia konta. Kupujemy nadzieję, że dla nas zarobią. Zakładający IKE nie mieli też pojęcia, że gdy już zechcą je zlikwidować, bank każe im za to zapłacić... 300 zł. Ta pozycja kosztów to kolejna niespodzianka.
Z analiz najświeższej propozycji zbiorowego oszczędzania na starość, która miała być najbardziej atrakcyjna, czyli IKZE (Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego) wynika, że będzie to kolejne źródło zysku dla instytucji finansowych. To one głównie skorzystają z ulg, którymi państwo chce obdarzyć oszczędzających. To, co beneficjenci, czyli przyszli emeryci, zarobią na możliwości odliczenia zaoszczędzonych pieniędzy od podatku, stracą na opłatach, które za prowadzenie IKZE życzą sobie banki oraz ubezpieczyciele.
Państwo nie jest zbyt hojne w zachęcaniu nas do dodatkowego oszczędzania na starość. Ale nawet te skąpe zachęty nie trafiają do kieszeni tych, dla których zostały przeznaczone, a jedynie do kasy coraz bogatszych instytucji finansowych. Państwo nie sprawia wrażenia, że tę sytuację analizuje i wyciągnie z niej wnioski. Zostawiło to rynkowi. Czy jednak my, oczekując tej interwencji od polityków, stajemy się przez to mniej prorynkowi?
@RY1@i02/2012/222/i02.2012.222.18300080b.802.jpg@RY2@
Joanna Solska publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Joanna Solska
publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu