Kolejki rosną, kiedy wszystko jest za darmo
Kiedy w koszyku zdrowotnych usług gwarantowanych przez publicznego płatnika znajduje się w zasadzie wszystko, tak jak się to dzieje w naszym kraju, popyt na leczenie zawsze jest większy od możliwości jego zaspokojenia. Rosną więc kolejki i na "darmowe" leczenie czeka się coraz dłużej. Próbą ograniczania nadmiernych (w stosunku do możliwości) wydatków publicznego płatnika staje się wprowadzanie tzw. współpłacenia. To znaczy, że za niektóre albo nawet wszystkie rodzaje świadczeń zdrowotnych pacjenci muszą dopłacać z własnej kieszeni. Spośród krajów Unii Europejskiej na wprowadzenie współpłacenia nie zdecydowały się do tej pory tylko: Dania, Rumunia, Hiszpania, Wielka Brytania i Słowacja, która najpierw tę formę udziału pacjentów w kosztach wprowadziła, ale potem szybko się z niej wycofała.
W Polsce w zasadzie także współpłacenia nie ma, płacimy natomiast za usługi stomatologiczne. Badania pokazują, że zgodę na ponoszenie pewnych opłat za pobyt w szpitalu i wizytę u lekarza pierwszego kontaktu wyraża nie więcej niż 15 proc. ankietowanych. Nieco chętniej godzilibyśmy się natomiast na ponoszenie pewnych kosztów za usługi dodatkowe, czyli np. rehabilitację lub wyższy standard szpitalnego pokoju. Połowa społeczeństwa zdecydowanie sprzeciwia się jednak jakiejkolwiek formie współpłacenia za usługi zdrowotne, które przecież należą się każdemu za darmo. Politycy więc, ze strachu przed wyborcami, o tej formie poprawy stanu finansów Narodowego Funduszu Zdrowia przestali mówić.
Nie jesteśmy pod tym względem wyjątkowi. W 2003 r. na pobieranie opłat od pacjentów zdecydowała się Słowacja. Niezadowolenie społeczne było jednak tak wielkie, że w 2006 r. nowy rząd się z tego wycofał. Podobnie było na Węgrzech, gdzie pacjenci dokładali do publicznego leczenia tylko przez rok - od 2007 do 2008 r. Zrezygnowali ze współpłacenia po referendum - piszą Iga Magda i Krzysztof Szczygielski w publikacji "Ocena możliwości poprawy działania polskiego systemu ochrony zdrowia". Holandia, ciesząca się opinią kraju o najlepszej publicznej służbie zdrowia, wprowadziła opłaty w 1997 r. Na skutek protestów także się z tego wycofano, ale jednak wrócono do nich w 2009 r.
Wpływy z wprowadzenia opłat nigdzie nie są imponujące. W zasadzie nie przekraczają 1-2 proc. wydatków na ochronę zdrowia. Dzieje się tak dlatego, że - w obawie przed uniemożliwieniem korzystania z leczenia ludziom będącym w trudnej sytuacji materialnej - każdy kraj wprowadza jakieś mechanizmy ochronne. A więc np. nie obejmuje opłatami dzieci, emerytów czy kobiet w ciąży, a także chorych przewlekle. Często rezygnuje więc z opłat od grup, które z leczenia korzystają najwięcej i też najwięcej kosztują publicznego płatnika. Inną formą ochrony osób w najtrudniejszej sytuacji jest rezygnacja z pobierania opłat, ale dopiero po wyczerpaniu pewnego limitu rocznych wydatków na leczenie. Tak dzieje się m.in. w Szwajcarii, gdzie publiczna opieka za darmo należy się dopiero, gdy pacjent z własnej kieszeni wydał 300 franków. Jedynym w zasadzie krajem, który pieniądze pobiera od każdego, jest Finlandia. Tam pieniądze pochodzące z kieszeni pacjentów są największe - sięgają 10 proc. wydatków na służbę zdrowia.
Publiczni płatnicy decydują się więc na pobieranie wkładu własnego od pacjentów - liczą nie tyle na spore wpływy, ile na to, że będą oni korzystali z publicznych placówek służby zdrowia nieco rozważniej. Niestety jest to także jedna z największych wad tego systemu. W Niemczech, gdy w 2008 r. wprowadzono 10 euro opłaty za wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, rezygnowali z nich nie tylko młodzi, w dobrym stanie zdrowia, ale także osoby o najniższych dochodach, dla których brak kontaktu z lekarzem oznaczał pogorszenie stanu zdrowia. Mimo zagrożeń Magda i Szczygielski rekomendują politykom wprowadzenie w Polsce jakiejś formy dopłacania do leczenia przez pacjentów. Na przykład opłaty za wizyty u lekarza specjalisty oraz pobyt w szpitalu przy pozostawieniu w pełni bezpłatnych wizyt u lekarza pierwszego kontaktu.
W ostatnich 10 latach z każdym rokiem do kasy NFZ wpływało o ponad 7 proc. środków więcej. Tłuste lata już się skończyły. Realna wartość naszych zarobków maleje, składki na zdrowie już tak szybko nie rosną, a długość życia i koszty leczenia pną się w górę. Pseudoreformy nie zastąpią rzetelnej dyskusji ze społeczeństwem, że musimy na ochronę zdrowia płacić więcej, ale też że wysokość opłat musi mieć choćby cień związku z korzystaniem z publicznego leczenia. Automatyczne podnoszenie składki tego związku nie przywraca. Do takiej dyskusji nasi politycy chyba jednak jeszcze nie dorośli.
@RY1@i02/2012/218/i02.2012.218.00000050b.802.jpg@RY2@
Joanna Solska, publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Joanna Solska
publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu