Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Nie można powiedzieć, że nic się nie stało

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Sposób działania dziennikarza, który rozmawiał z prezesem Sądu Okręgowego w Gdańsku, ma wiele wspólnego z prowokacją, którą mogą posługiwać się policja i służby specjalne

Ostatnie dni przyniosły zdarzenie, które przykuwa uwagę nie tylko prawników, ale i szerokiej opinii publicznej. Nie sposób już zliczyć wszystkich komentarzy i opinii o rozmowie, jaką miał przeprowadzić prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku z osobą podającą się za współpracownika szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Ponieważ sam sędzia twierdzi, iż upublicznione nagrania nie odpowiadają prawdzie i nie oddają w pełni treści odbytych rozmów, z ostateczną oceną całego zdarzenia należy poczekać, aż sprawa zostanie w pełni wyjaśniona przez odpowiednie organy. Nie ulega jednak wątpliwości, że wdanie się w taką rozmowę stawia prezesa sądu okręgowego w trudnej sytuacji. O konsekwencjach zdecyduje niebawem - pośrednio - Krajowa Rada Sądownictwa, wyrażając opinię co do możliwości odwołania prezesa z zajmowanej funkcji, oraz sąd dyscyplinarny, o ile postępowanie przed nim zostanie wszczęte. Niezależnie od dalszych losów tej sprawy nie wolno jednak jednostkowego przykładu odnosić do całego środowiska sędziowskiego, które - jak każde inne - nie jest wolne od osób nie zawsze dochowujących najwyższych standardów. W ujęciu zbiorowym to środowisko w zdecydowanej większości w codzienności orzeczniczej zdaje wszak egzamin z niezależności i niezawisłości. Nie chodzi o to, by twierdzić, że nic się nie stało. Owszem, stało się, i to całkiem dużo, ale dyskusja powinna być stonowana i zracjonalizowana - od jej wniosków zależeć będzie pewnie po części dalsze funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości.

Próbując więc włączyć się w merytoryczny dyskurs, chcę skupić uwagę na innym aspekcie tej sprawy, a mianowicie na działalności dziennikarza lub innej osoby, która w interesie publicznym ujawnia nieprawidłowości w życiu społecznym. Czy są tu jakieś granice? A jeśli tak, to czy nie zostały w sprawie gdańskiej jednak przekroczone? Postawienie takich pytań nie ma na celu odwracania uwagi od problemu zarejestrowanej rozmowy telefonicznej prezesa sądu okręgowego, ale istota tej sprawy to też dyskusja o sposobach ujawniania wszelkich nadużyć, których dopuszczają się osoby publiczne.

Załóżmy, że mamy do czynienia z dziennikarzem. Status zawodowy osoby telefonującej do prezesa sądu okręgowego nie jest bowiem do końca jasny, w szczególności nie wydaje się, aby był to stały współpracownik gazety, radia lub telewizji. To, jak donoszą media, jest wolny strzelec. Ponieważ jednak wyniki jego działań zostały upublicznione przez jedną z ogólnopolskich gazet, pytanie o standardy dziennikarskie jest jak najbardziej uzasadnione. Gazeta ta, upubliczniając nagraną rozmowę, firmuje bowiem także to, w jakich okolicznościach rozmowa ta została utrwalona.

Zacznijmy od tego, że nawet bezprawne zachowanie nie może być odpierane działaniem sprzecznym z prawem. Co prawda czasem działanie tego, który chce uchronić siebie lub innych przed staniem się ofiarą przestępstwa, również formalnie wypełnia znamiona czynu zabronionego, ale ustawodawca znosi ten stan przestępczy, wprowadzając kontratypy. Przykładowo nie popełnia przestępstwa, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego jakiemukolwiek dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone przedstawia wartość niższą od dobra ratowanego. Jeśliby zatem dziennikarz działał w ramach stanu wyższej konieczności, jego zachowanie można by co najwyżej oceniać w kategoriach moralnych lub etycznych, ale nie prawnych. W sprawie gdańskiej może być jednak inaczej.

Dziennikarska prowokacja miała wiele wspólnego z prowokacją, którą mogą posługiwać się policja i służby specjalne. Przy czym tylko ta ostatnia jest prawnie uregulowana. Policja bowiem prowadzi czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz ustalenia sprawców i uzyskania dowodów przestępstwa. Krótko mówiąc, wolno stosować dozwolone prawem metody operacyjne w postaci m.in. prowokacji, ale nie po to, by sprawdzić odporność danej osoby na pokusy związane z działaniem niezgodnym z prawem, lecz po to, by zweryfikować już wcześniej zebrany materiał dowodowy. Nie prowokuje się, by człowieka zepchnąć na złą drogę, a tylko w celu powstrzymania go od dalszych działań niezgodnych z prawem. Tę prostą zasadę można i trzeba stosować także w śledztwie dziennikarskim. Oczywiście nie jest ona przewidziana prawem, ale stosowanie się do powyższej reguły może uchronić dziennikarza przed zarzutem naruszenia prawa. Jego działanie, o ile zgodne z opisanym wyżej kanonem, ma chociaż szansę zmieścić się w ramach stanu wyższej konieczności. Przykład z Gdańska, jak już napisałem, wskazuje, że mogło stać się inaczej.

Nie mam przekonania, czy prawdopodobne sfałszowanie wiadomości elektronicznej, o czym donosiły media, wyczerpało znamiona przestępstwa określonego w art. 270 par. 1 kodeksu karnego. Po prostu nie jest pewne, czy ta wiadomość spełnia definicję dokumentu, o jakiej mowa w art. 115 par. 14 k.k. Zgodnie z literą kodeksu dokumentem jest każdy przedmiot lub inny zapisany nośnik informacji, z którym jest związane określone prawo albo który ze względu na zawartą w nim treść stanowi dowód prawa, stosunku prawnego lub okoliczności mającej znaczenie prawne. Czy z e-mailem związane było jakieś prawo lub miał on znaczenie prawne - tego nie można tak łatwo przesądzić. Ale już podpisanie się w e-mailu imieniem i nazwiskiem funkcjonariusza publicznego, jakim jest szef KPRM, może wyczerpywać znamiona przestępstwa przywłaszczenia funkcji, czyli art. 227 k.k.

Bez wcześniejszych uprawdopodobnionych sygnałów o tym, iż prezes sądu naruszył prawo lub zachowywał się nieetycznie, trudne będzie odparcie zarzutu naruszenia normy art. 227 k.k. O niczym jednak nie przesądzam, bo to może uczynić dopiero - no właśnie, o ironio - niezawisły sąd.

Po co o tym piszę? Nie dlatego, by ograniczać swobodę działania mediów i ich kontrolną funkcję względem każdej władzy, także sądowniczej. Tyle że lecząc chorobę serca, nie można szerzyć nowotworu. Osoby publiczne muszą liczyć się z większą krytyką ze strony środków masowego przekazu. Muszą też liczyć się z tym, że ich prawo do błędu, nieuwagi czy nawet nieroztropności, jest o wiele mniejsze niż w przypadku statystycznego Jana Kowalskiego. To cena publicznego bycia. Niemniej osoba publiczna, nawet ona, ma prawo do pewnej ochrony. Tworzenie sytuacji dwuznacznych, w których nawet niewinny może zgubić właściwą drogę, jest nie do pogodzenia ze standardami zarówno państwa prawa, jak i zgodnego z profesjonalną sztuką dziennikarstwa. W całym uzasadnionym zgiełku i szumie związanym z zachowaniem prezesa sądu okręgowego może warto też pochylić się nad standardami dziennikarstwa - dążąc do poprawy kondycji władzy sądowniczej, nie można pozwolić, by stan czwartej władzy wprost proporcjonalnie się obniżał. Prawda ma bowiem wartość wtedy, gdy nie jest efektem kreacji, a jej odkryciu nie towarzyszą co najmniej wątpliwe metody.

Osoby publiczne muszą liczyć się z większą krytyką ze strony mediów. Powinni się też pogodzić z tym, że mają ograniczone prawo do błędu

@RY1@i02/2012/182/i02.2012.182.07000080a.803.jpg@RY2@

Dr Łukasz Chojniak adwokat, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim, Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju

Dr Łukasz Chojniak

adwokat, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim, Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.