Pomagać z głową
Wyglądało to naprawdę kiepsko. Sam przed mniej więcej trzema laty sporo pisałem o upadającym gigancie motoryzacyjnym. Zresztą liczby mówiły same za siebie. Jeszcze w przedkryzysowym 2007 r. blisko 40 mld dol. strat. W 2008 r. - ponad 30 mld. W październiku 2008 r. akcja General Motors była warta trochę ponad 4 dolary, najmniej od lat 50. ubiegłego wieku, a kapitalizacja firmy była najniższa od lat 20. tegoż wieku. Nie mogło być gorzej? Mogło. Spójrzmy na maj 2009 r. - akcja GM jest warta niecałe półtora dolara.
Szefowie firmy ledwo trzymali fason. "W tym roku mamy zapewnione finansowanie dzięki pożyczce od rządu USA. Musimy mocno ograniczyć stałe koszty, a zwłaszcza środki na wypłatę wynagrodzeń. Będzie się to niestety wiązało z obniżeniem zatrudnienia oraz pensji dla pozostałych pracowników" - mówił w styczniu 2009 r. szef GM Rick Wagoner. "Zadanie przed nami jest ogromne. (...) Rozważamy przeniesienie siedziby głównej spółki poza Detroit" - ostrzegał parę miesięcy później jego następca Fritz Henderson. Jednak niespecjalnie było wiadomo, jak GM wygrzebie się z zapaści. Do porażek ekonomicznych dochodziły biznesowe - koncern stracił miano największego producenta aut na świecie na rzecz Toyoty. Kolejni prezesi odchodzili po zaledwie paru miesiącach, o ile dobrze policzyłem, było ich czterech w ciągu trzech lat. Niezbyt długie kadencje.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.