O rejestrze usług medycznych, który uparcie powstaje, ale nie może powstać
Politycy opozycji walą w rząd jak w bęben, próbując zbić kapitał polityczny na bałaganie, jaki spowodowała nowa ustawa refundacyjna. Liczą przy tym, że tak zwany elektorat (ciemny lud) ma krótką pamięć i już zapomniał, że za ten stan odpowiadają wszystkie partie, które były przy władzy przez ostatnich 12 lat. Ich liderzy dobrze bowiem wiedzieli, że uszczelnienie systemu publicznej ochrony zdrowia, a więc cel, który nieudolnie próbowali osiągnąć autorzy nieszczęsnej ustawy, można osiągnąć bez większych szkód społecznych, wprowadzając elektroniczną kartę ubezpieczeniową. Taką, jaka od 2001 r. funkcjonuje na Śląsku. Jej wprowadzenie dla mieszkańców całego kraju kosztowałoby obecnie około 500 mln zł. Każdemu, kto uzna, że to za duże pieniądze i że nas dziś na to nie stać, warto uzmysłowić, że przez ostatnie 12 lat na tak zwaną informatyzację służby zdrowia wydaliśmy o wiele więcej. Tylko efektów nie widać.
Jako pierwsze zmarnowały sporo publicznego grosza regionalne kasy chorych. Pomysł karty podobnej do bankomatowej bardzo im się spodobał. Andrzej Sośnierz, szef ówczesnej kasy śląskiej, z entuzjazmem mówił, że dzięki kartom świadczeniodawcy nie mogą już wyłudzać od płatnika pieniędzy za fikcyjne wizyty lekarskie, a także za lewe recepty. Elektroniczny system błyskawicznie wykrywał oszustów. Szybko wynieśli się poza granice województwa. Największą wadą śląskiej karty było jednak to, że system obejmował tylko Śląsk. Jego baza danych nie sięgała poza granice regionu. W przeciwieństwie do ludzi, którzy na Śląsku mieszkali, ale pracowali poza nim, albo odwrotnie. Tych służba zdrowia musiała obsługiwać w sposób tradycyjny. Wady były jednak proste do usunięcia - wystarczyło system wprowadzić w całym kraju. Zamiast tego inne kasy chorych próbowały to samo robić na swoim podwórku. Zaczęto tworzyć regionalne systemy informatyczne, które nie były ze sobą kompatybilne. Nikt nie wie, ile publicznych pieniędzy zmarnowano.
Po przegranych przez AWS wyborach władzę objęła koalicja SLD - PSL i zaczęła służbę zdrowia reformować od początku. Ówczesny minister zdrowia Mariusz Łapiński zlikwidował kasy chorych, powołując na ich miejsce scentralizowany Narodowy Fundusz Zdrowia. Była okazja przynajmniej do wprowadzenia elektronicznych kart ubezpieczeniowych. Wydawało się, że nowa władza ma taki zamiar. Pomysł Sośnierza wydawał jej się jednak za mało ambitny, zaczęto go udoskonalać. System miał nie tylko dokumentować faktycznie wykonane świadczenie, ale stać się dla NFZ globalną bazą danych, właśnie rejestrem usług medycznych. Całe przedsięwzięcie miały sfinansować firmy amerykańskie, w ramach offsetu. Politycy okazali się jednak niezdolni do intelektualnego ogarnięcia sprawy. Padały nazwy firm, które miały być wykonawcami systemu, nie umiano jednak nawet sformułować warunków przetargu. Wybuch afery Rywina, która zmiotła rząd Leszka Millera, budowę RUM uczynił nieaktualną, choć stało się oczywiste, że system jest konieczny.
Rząd PiS, LPR i Samoobrony miał naprawić błędy poprzedników. Na prezesa NFZ powołano nawet Andrzeja Sośnierza. Miał w elektroniczne karty ubezpieczeniowe zaopatrzyć wszystkich. Najwidoczniej jednak ważniejsze było to, kto ma na tym zarobić, nie zaś szybka budowa systemu. Większą siłę przebicia niż NFZ miało MSWiA. To ono postanowiło skonsumować środki na informatyzację, po raz kolejny udoskonalając system. Wygrała koncepcja, aby informacje o ubezpieczonych zawierał nowy dowód osobisty. Tyle że przejęcie sprawy przez MSWiA oznaczało co najmniej dziesięcioletnie opóźnienie informatyzacji służby zdrowia. Tyle bowiem będzie trwać wymiana dowodów osobistych, która nie może się nawet rozpocząć. Kart nie będziemy mieć nawet do 2024 r.
Jednocześnie o środki unijne na ten sam cel, czyli informatyzację służby zdrowia, usilnie zabiegał Leszek Sikorski, ostatni minister zdrowia w rządzie Leszka Millera, obecnie dyrektor Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia. Surowy krytyk ustawy o refundacji. Nowy informatyzator służby zdrowia odniósł pełen sukces finansowy - na budowany przez siebie system z UE oraz naszego budżetu otrzymać ma prawie miliard złotych. "Dziennik Gazeta Prawna" opublikował wyniki kontroli NIK, która ujawniła wiele nieprawidłowości i każe wątpić, czy system w ogóle powstanie. Eksperci dziwią się, że kolejne władze MZ nie zadały sobie pytania, po co wydawać pieniądze na kolejny system, skoro i tak ma on korzystać z bazy danych NFZ. O wiele taniej i sensowniej byłoby, gdyby informatyzacją zajął się fundusz. Zapomniano także o kolejnej sprawie - dane NFZ uzupełniać mają bieżące wpisy lekarzy, dokumentujące historie chorób pacjentów. System nie przewiduje żadnego mechanizmu, który by ich do tego zachęcał. Nawet więc jeśli jakimś cudem zostanie zbudowany, pozostanie martwy. Tak stało się w Czechach.
Nikt nie policzył, ile już wydano pieniędzy na pseudoinformatyzację służby zdrowia. Nikt nie poniósł za marnotrawstwo żadnej odpowiedzialności. Każdy rząd zaczyna od nowa. Problem w tym, że nie umie skończyć.
Politycy opozycji, którzy pomstują na ustawę o refundacji leków, sami przyczynili się do obecnego zamieszania
@RY1@i02/2012/008/i02.2012.008.00000150b.802.jpg@RY2@
Joanna Solska, publicystka ekonomiczna tygodnik "Polityka"
Joanna Solska
publicystka ekonomiczna tygodnik "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu