Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Igrzyska wszystkich równych

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 33 minuty

W sporcie ważne są zasady gry: zwyciężyć ma najlepszy, a nie ten najbardziej cwany. W przypadku korporacyjnych wyborów sprawa nie jest już tak oczywista

Unoszony emocjami tłum zerwał się z miejsc na arenie w Madison Square Garden. Ostatnie minuty meczu wywołały kolejny przypływ entuzjazmu. Wszyscy krzyczeli, gwizdali, dęli w trąby - kibicowali. W sumie nieważne kto komu, ważne, aby głośno, aby dobitnie, aby duch rywalizacji żył! Wszechotaczający mnie wrzask i jazgot uzewnętrzniał przede wszystkim jedno - nadchodzące katharsis - sens igrzysk, sens walki, cel zwycięstwa. Wrzawa narastała z sekundy na sekundę, przekraczając co chwilę kolejne, wydawałoby się nieosiągalne, apogeum. Otaczali mnie dopingujący ludzie, którzy pulsowali w rytm odgłosów cykającego zegara, odmierzającego ostatnie chwile rozgrywki. I raptem, gdy odgwizdano koniec, tłum zastygł. Wszystko ucichło. Zamarło. Stanęło w oczekiwaniu na wynik, by chwilę później znów eksplodować - tym razem na cześć tego, kto wygrał...

Stałam w oszalałym tłumie i zastanawiałam się nad tym, jak blisko, a jednocześnie jak daleko jest od sportu do polityki. Przez ostatnie kilka miesięcy w Warszawie wielokrotnie towarzyszyła mi ta myśl. Na ile wybory samorządowe, które organizujemy i w których bierzemy udział, są spontanicznymi igrzyskami wszystkich równych, z których jeden okaże się najlepszy, a na ile wyrafinowaną grą wyborczą, w której nie ma miejsca na spontaniczność i wszystko musi być zaplanowane oraz dogadane przed samym aktem wyborczym.

Moje refleksje obejmowały również kwestię tego, co wolę, który model wyłaniania lidera jest mi bliższy. Spontaniczny, transparentny, demokratyczny czy sterowany, zaplanowany, limitowany? I za każdym razem moja podświadomość odpowiadała: spontaniczny, bo wybory są jak zawody - bazują na emocjach. I na tych emocjach bazować powinny, czego najlepszym dowodem była choćby pierwsza kampania wyborcza Baracka Obamy. Przenosząc to jednak na grunt naszego podwórka i korzystając z okazji, że poproszono mnie o skomentowanie tegorocznych wyborów samorządowych u nas, radców, i u adwokatów, pozwolę sobie na kilka uwag o charakterze sportowo-porównawczym.

Zacznijmy zatem od tego, że aby igrzyska doszły do skutku, ktoś musi je zorganizować. U adwokatów zajmuje się tym komitet wyborczy (w tym roku złożony z trzech osób), u nas rada (czyli "zarząd" korporacji). Dalej, aby zawodnicy mogli wystartować, to ktoś jakoś musi ich zgłosić - u adwokatów można ich zgłaszać w każdej chwili, w tym w toku samego zgromadzenia wyborczego, zgoda na kandydowanie zaś wyrażana jest tuż przed samym aktem głosowania. U nas natomiast (według ordynacji, która obowiązywała w dniu wyborów) listy kandydatów zamykane były na 30 dni przed dniem czy to zebrania rejonowego, czy zgromadzenia delegatów, a zgłoszenie wymagało od razu zgody kandydata złożonej na piśmie. Jak się jednak okazało, w praktyce zachowanie tego wymogu było bardzo utrudnione. Ordynacja nie określa bowiem, na ile przed datą samych wyborów należy ogłosić ich termin. Jeśli bowiem ogłosimy je nawet z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, to do prawidłowego zgłoszenia kandydatów zostaną nam niecałe cztery tygodnie. A co z zachowaniem równości startujących, jeśli dodatkowo w okresie tych czterech tygodni wypadają dwutygodniowe ferie, w czasie których nikt nie złoży pisemnego oświadczenia o wyrażeniu zgody na kandydowanie, bo go po prostu fizycznie nie ma?

Następnie, jeśli już uda nam się wyłonić (zgłosić) zawodników startujących w finale, to muszą się oni zmierzyć, muszą pokazać, co mają do zaoferowania, jak zamierzają działać dla dobra ogółu i jakie korzyści samorządowi (czyli każdemu z nas) przyniesie ta kadencja. Bo przecież o to chodzi w wyborach - o wybranie takiego kandydata, który zadba o wszystkich. I tu widzę ogromną przewagę systemu adwokackiego, w którym po pierwsze wybory są bezpośrednie (czyli jednoetapowe), a po drugie każdy członek samorządu ma obowiązek wziąć w nich udział. Nasz system dwuinstancyjny, poza kwestiami technicznymi, które nie są dopracowane ani uregulowane w całości w naszej ordynacji, nie pozwala na bezpośredni kontakt środowiska z kandydatem, nie umożliwia każdemu głosującemu dokonania samodzielnej oceny programu wyborczego, dopytania się o sposoby realizacji celów czy w końcu tylko usłyszenia mowy autoprezentacyjnej kandydata. To źle, bo taki wybrany powinien być człowiekiem nas wszystkich.

Dodajmy jeszcze, że w rozgrywkach sportowych ważne są zasady gry. Reguły muszą być takie same dla wszystkich, bo wygrać ma najlepszy, a nie najbardziej cwany. W tym celu wprowadza się w zawodach system weryfikacji przestrzegania tych zasad - przez zespół ekspertów czy sędziów. I tu także dostrzegam pewną rozbieżność pomiędzy systemem adwokackim a naszym (oczywiście omawianym z poziomu izby warszawskiej, w wyborach do której uczestniczyłam - czyli bez żadnego uogólniania na całą Polskę). Adwokacki komitet wyborczy odpowiada za organizację wyborów, czyli także za zaprezentowanie kandydatów na dziekanów, przybliżenie ich sylwetek, programów, celów. W tym zakresie zorganizowano kilka konferencji w stołecznej ORA z każdym z kandydatów oddzielnie, rozsyłając informację z zaproszeniem do wszystkich adwokatów warszawskich. Rozesłano również adresy internetowe stron kandydatów. Dla porównania w naszym systemie za organizację wyborów odpowiada rada, co uważam za błąd koncepcyjny obowiązującej ordynacji, ponieważ zazwyczaj członkowie rady (albo przynajmniej ich część) są żywotnie zainteresowani reelekcją. W Warszawie akurat tak się złożyło, że wszyscy członkowie rady byli na listach jakichś frakcji wyborczych (przyczym zdecydowana większość na jednej z nich). Przyjęto zatem u nas, co godzi w demokratyczność wyborów, że żadne informacje o programach i stronach kandydatów nie będą rozsyłane. Nie dopuszczono też do żadnej dyskusji w izbie ani do spotkań z kandydatami i wielokrotnie podkreślono, że nie można w ramach wyborów samorządowych skorzystać z łam strony internetowej ani pisma samorządu warszawskiego "Temidium", nawet tylko w celu wskazania nazwisk kandydatów na dziekanów i linków do ich stron (sic!). Wprowadzono zatem swoistą samorządową ciszę przedwyborczą, zapominając trochę o tym, że każdy radca jest uprawiony do głosowania, zatem powinien wiedzieć, kto startuje i jaki ma plan działania. Koncepcja taka absolutnie nie wynika z postanowień ordynacji, ale i ordynacja ta nie wprowadza obowiązku zrobienia mailingu informacyjnego czy spotkań prezentacyjnych z izbie. A szkoda - może powinna. Może ułatwiłoby to znacznie dokonanie wyboru wszystkim niezdecydowanym. Szokujące było tylko to, że ciszę tę przerwano, ponieważ w ostatnim przed wyborami numerze "Temidium" opublikowano bardzo obszerny wywiad z jednym z kandydatów na dziekana (ówczesnym wicedziekanem). Z punktu widzenia radców nieangażujących się zbytnio w kwestie wyborcze wyglądało to trochę tak, jakby kandydat był tylko jeden albo tylko on jeden wystąpił ze swoim programem (niezależnie od tego, jaką formułę owego wywiadu przyjęto).

Wracając znowu do sportu - nie można przecież zapomnieć, że w igrzyskach chodzi także o emocje! Tam związane z walką o zwycięstwo, u nas raczej z wizją, planem działania, charyzmą. Chodzi także o wyjście z wyborów w przekonaniu, że się dokonało słusznego wyboru, że kandydat nas przekonał, że nas urzekł, że uwierzyliśmy w to, że się będzie starał dla wspólnego dobra, dla naszego dobra. No cóż, w życiu nie przeżyłam katharsis na wyborach korporacyjnych. Nikt mnie nie poderwał, nie uniósł, nie zafascynował. Nie słyszałam żadnej charyzmatycznej mowy, żadnych entuzjastycznie opisywanych celów, nie słyszałam żadnej urealnionej wizji rozwoju samorządu, do którego należę. Żadnej. Nigdy.

Stałam w tłumie rozentuzjazmowanych gapiów, na największej arenie w Nowym Jorku, w morzu prawie 20 tysięcy ludzi, z których każdy dzielił się teraz emocjami i przeżyciami po obejrzanym widowisku oraz ciekaw był odczuć innych. Zastanowiłam się więc na chwilę nad własnymi wrażeniami z tej rozgrywki i w zasadzie dominowało jedno - podziw. Podziw dla tego, w jak niesamowicie cywilizowany sposób przebiegła ta rywalizacja. Jak oszalały tłum był jednak zorganizowany, jak walczący o zwycięstwo jednak trzymali się zasad gry i jak sprawnie sędziowie tą grą zarządzali. W zasadzie dalej czyniłabym spostrzeżenia co do zakresu mojego zachwytu, lecz z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu, który wreszcie przebił się przez wrzawę tłumu kibiców: "Wybrali prezesa - zgadnij, który z kandydatów nim został". No tak, w Warszawie odbywał się w zeszłym tygodniu Zjazd Krajowy. Dzisiaj już pewnie wszystkie media prawnicze wnoszą okrzyk "umarł król, niech żyje król". I ja oczywiście przyłączam się do tego głosu, śląc do Warszawy moje gratulacje i mając nadzieję na sprawne i mądre zarządzanie naszą korporacją przez następne trzy lata przez nowego prezesa. Żałuję tylko, że nie było mnie na tym zjeździe - może byłoby to pierwsze przemówienie, które poderwałoby i mnie do działania, do wsparcia, do współpracy. Imponująca w tym zakresie była wymiana poglądów i wizji pomiędzy kandydatami na dziekana okręgowej rady adwokackiej, którą, przyznam się, śledziłam dość dokładnie. Marzy mi się, aby kiedyś u nas tak wyglądały warszawskie zgromadzenia delegatów i Zjazd Krajowy, aby można było krzyczeć "niechaj wygra najlepszy" i aby najlepszy mógł odnieść zwycięstwo.

Wychodziłam z Madison Square Garden z kipiącymi emocjami i przeświadczeniem, że walka była równa, transparentna, że każdy dał z siebie wszystko i że wygrał lepszy, ale moja głowa zajęta była wciąż rozważaniami dotyczącymi innej dyscypliny i innej konkurencji. Konkurencji, w której, pomimo ogromnej stawki, od lat startuje zawsze tylko jeden zawodnik. Przed tegorocznymi wyborami mówiło się głośno o silnych trzech kandydatach, z których każdy mógł liczyć na poparcie delegatów przynajmniej z kilku izb. Zgłoszony jednak został tylko jeden kandydat. Ciekawi mnie zatem, kto zajmie miejsca jego zastępców, bo choć rozumiem, że na pewnym etapie życia zawodowego lepiej zostać wiceprezesem, niż stanąć w szranki i przegrać wybory na prezesa, to nie mogę odżałować, że od lat przez to omija nas nasze samorządowego katharsis.

Choć rozumiem, że na pewnym etapie życia zawodowego lepiej zostać wiceprezesem, niż stanąć w szranki i przegrać wybory na prezesa, to jednak nie mogę odżałować, że od lat przez to omija nas, radców prawnych, nasze samorządowe katharsis

@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.07000060a.806.jpg@RY2@

Fot. AP

@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.07000060a.807.jpg@RY2@

Agata Rewerska radca prawny, prowadzi szkołę prawa procesowego Ad Exemplum

Agata Rewerska

 radca prawny, prowadzi szkołę prawa procesowego Ad Exemplum

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.