Neoliberalizm uczynił z nas kraj Trzeciego Świata
Określenie "kapitalizm dla Trzeciego Świata" znakomicie oddaje charakter ustroju, który zbudowaliśmy w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat. Użył go socjolog prof. Kazimierz Sowa na ostatnim zjeździe socjologicznym w Szczecinie w odniesieniu do naszej sytuacji ekonomicznej. W moim przekonaniu trafnie. To prymitywny kapitalizm peryferyjny, nastawiony na dostarczanie słabo przetworzonych surowców oraz produktów rolnych krajom centralnym. Cała nasza przewaga konkurencyjna polega na niskich płacach. Miejsce, jakie zajmujemy w światowym podziale pracy, jest typowe dla krajów Trzeciego Świata. Jak do tego doszło? Adaptując neoliberalizm w skali porównywalnej jedynie do Chile (to tam, jeszcze w latach 70., jego intelektualny fundator Milton Friedman wprowadzał w życie założenia swojej doktryny), z góry skazaliśmy się na zajęcie podrzędnej pozycji. Nie mogliśmy jej poprawić w sensie fundamentalnym, robiąc to, co robiliśmy: otwierając się szeroko na międzynarodową konkurencję i wyprzedając zakłady pracy. Inwestorzy zagraniczni nie kierują się bowiem interesem narodowym kraju, do którego wchodzą, ale własnym. Ten zaś polegał na uczynieniu z naszej gospodarki maszyny do dostarczania tanich półproduktów, wyeliminowaniu jakichkolwiek śladów potencjalnej konkurencji dla swoich sztandarowych towarów i zamrożeniu naszego stanu rozwoju na peryferyjnym poziomie gwarantującym współpracę z dominującym centrum. Z kolei oddanie w ręce zachodniego kapitału większości naszych banków spowodowało, że pozbawiliśmy się możliwości wpływania na ich politykę kredytową leżącą w interesie gospodarki narodowej.
Uwierzyliśmy w wiele mitów: że kapitał nie ma ojczyzny, że wolny handel i gospodarka rynkowa są w interesie wszystkich graczy, a nie głównie najsilniejszych, że państwo jest bezsilne wobec procesów gospodarczych. Znaturalizowaliśmy siły rynkowe i finansowe, traktując je jak zjawiska, na które nie mamy wpływu, tak jak nie mamy wpływu na pogodę. Zdaliśmy się na niewidzialną rękę rynku, wierząc, że załatwi ona większość naszych problemów bez konieczności interwencji państwa. Naiwnie uznaliśmy, że w dobie globalizacji państwo nie ma szans w konfrontacji z międzynarodowym kapitałem i korporacjami. Uwierzyliśmy w bajki, które opowiada kapitalizm neoliberalny, między innymi w tę, że "przypływ podnosi wszystkie łódki", tzn. że same mechanizmy rynkowe doprowadzą do wyrównania poziomu życia zarówno pomiędzy krajami, jak i wewnątrz nich. Naiwność nasza wynikała też z tego, że braliśmy za dobrą monetę to, co nam się doradza, nie patrząc na faktyczną politykę prowadzoną przez doradców. I tak np. namawiani do całkowitego otwarcia rynku na produkty innych krajów, zapomnieliśmy, że doradzające nam kraje, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, nigdy nie miały zamiaru zrobić tego samego ze swoim rynkiem (wręcz zbudowały potęgę na systemie starannej ochrony własnego rynku przed konkurencją, podobnie zresztą jak to czyniła Wielka Brytania - inny kraj, który stawiano nam za przykład do naśladowania).
Neoliberalizm okazał się znakomitym przepisem na to, abyśmy po transformacji znaleźli się w miejscu, które zajmowaliśmy od kilkuset lat: na peryferiach.
Czy mieliśmy inną drogę? Odpowiedź nie jest łatwa. Jedno nie ulega wątpliwości, jak znakomicie pokazuje to w ostatnich książkach koreański ekonomista, profesor uniwersytetu w Cambridge, Ha-Joon Chang - żaden kraj peryferyjny nie poprawił pozycji względem krajów centralnych, prowadząc politykę neoliberalną. Udało się to zaś krajom takim jak Japonia, Korea Południowa czy Tajwan, a w tej chwili udaje się Chinom. Wcześniej zaś skoku tego typu dokonały takie kraje peryferyjne jak Stany Zjednoczone, Szwecja czy Niemcy (tak, tak, w XIX w. były krajami peryferyjnymi wobec Anglii i Holandii). Dokonywało się to zawsze w wyniku interwencjonistycznej polityki państwa, prowadzącej do wzmocnienia jego pozycji w systemie światowej gospodarki, otwierając stopniowo na szerszą konkurencję i dając możliwość uczenia się od lepszych. Posługiwano się przy tym wielorakimi instrumentami, z systemem ceł, subsydiów, planowaniem gospodarczym i świadomą polityką przemysłową oraz później naukową. Książki Ha-Joon Changa pokazują, jak tryumfująca narracja neoliberalna spowodowała, że o tej historii sukcesu ekonomicznego zapomnieliśmy. Najwyższa pora, abyśmy sobie przypomnieli. Nie wyrwiemy się z zaklętego koła peryferyjności bez przemyślanej polityki. Aby jednak mogła ona być skuteczna, musimy pożegnać się z narracją ekonomiczną i polityczną, która mówi nam, że im mniej państwa, tym lepiej. Podejrzliwość wobec państwa i uznawanie go za przeszkodę na drodze do ekonomicznego rozwoju, a nie głównego jego sprawcy, stały się, niestety, elementem tego, co uznajemy za zdrowy rozsądek. Łatwo to zauważyć, analizując wypowiedzi przedsiębiorców czy ekspertów ekonomicznych.
Sytuacja wyjściowa jest zła. Wynika to z naszego radosnego wyprzedawania majątku narodowego w poprzednich latach oraz ochoczej deindustrializacji kraju. Straciliśmy szansę na zmodernizowanie gospodarki zgodnie z interesami narodowymi, nie mamy już wpływu na przedsiębiorstwa, które znalazły się w rękach obcego kapitału, na wielkie korporacje, które chętnie weszły na nasz rynek, wiedząc, że nikt nie będzie ich tutaj próbował kontrolować pod kątem realizowanych interesów ekonomicznych i zachowania się wobec pracowników. Uniknęli tego Japończycy i Koreańczycy, dzięki czemu dokonali modelowej modernizacji swoich gospodarek (pamiętajmy, że Korea startowała z pozycji jeszcze gorszej niż nasza).
Naiwnością byłoby sądzić, że oto nasza gospodarka stanie się innowacyjna czy konkurencyjna dzięki działaniom obcych koncernów czy korporacji. Wszystkie one mają centra badawcze poza Polską. Dlatego rozpaczliwe apele, aby gospodarka nasza stała się innowacyjna, po to byśmy mogli konkurować z najlepszymi, są pozbawione sensu. Biznes nie włączy się w rozwój techniczno-technologiczny nie mając w tym interesu. Dopóki naszymi głównymi atutami są tania siła robocza, słabość związków zawodowych i wynikająca z niej łatwość eksploatowania pracowników, nie ma mowy, abyśmy zajęli lepsze miejsce w międzynarodowym podziale pracy. Zapotrzebowanie na innowacyjność pojawia się wtedy, gdy proste sposoby zwiększania rentowności zawodzą. W tym sensie obawiam się, że wielką szansę na fundamentalną zmianę pozycji gospodarczej utraciliśmy bezpowrotnie wraz z wejściem na ścieżkę neoliberalną. To i owo jest jednak do zrobienia.
Przede wszystkim powinniśmy pilnie opracować politykę przemysłową państwa, która wskazałyby te dziedziny gospodarki, na które mamy jeszcze jakiś wpływ i w których jesteśmy już dobrzy (na myśl przychodzi mi np. produkcja autobusów). A następnie tak je wzmocniła, byśmy stali się zdolni konkurować z najlepszymi. Powinniśmy skoncentrować się na opracowaniu planów strategicznych dla naszej gospodarki, zrozumieniu barier społecznych, które nie pozwalają nam dokonać skoku modernizacyjnego. Na zrozumieniu powodów fatalnej atmosfery hiperkonkurencji, która nie pozwala nam myśleć o dobru wspólnym i skutkuje brakiem zaufania między ludźmi. Mechanizmów pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego, które powoduje, że stajemy się podatni na różnorakie plagi społeczne. Że istnieje związek pomiędzy brakiem dobrostanu społecznego i rozwarstwieniem, udowodnili epidemiolodzy brytyjscy Richard Wilkinson i Kate Pickett w słynnej książce, której polski tytuł brzmi "Duch równości". Pokazali oni więc, że nierówności wcale nie są dobre, wbrew temu, co twierdzili nasi rodzimi wyznawcy neoliberalizmu.
Szczególnie istotne jest wsparcie dla tych gałęzi gospodarki, które mogą się okazać naszą specjalnością. Pora też, abyśmy zmienili kierunek społecznej i ekonomicznej orientacji z anglosaskiego na skandynawski. To wszak kraje skandynawskie nieprzypadkowo przodują we wszelkich statystykach dobrostanu. I jeśli już się uczyć, to od nich, a nie od krajów, w których stosowanie recept neoliberalnych spowodowało niepowetowane straty gospodarcze i społeczne. Może warto poprosić fachowców ze Szwecji, z Finlandii czy Norwegii, aby zechcieli się podzielić swymi doświadczeniami i doradzić nam, jak szybko możemy zmienić to i owo na lepsze? Dlaczego nie zamówić w polskich jednostkach naukowych raportu na temat modelu skandynawskiego i możliwości przeniesienia jego założeń na grunt polski? Nieprawdą jest, że jest u nas na to za wcześnie, bo jesteśmy zbyt biedni. Skandynawowie dlatego stali się bogaci, że model ten zastosowali, a nie dlatego go zastosowali, że stali się bogaci.
Polska potrzebuje szybkiej i skutecznej reorientacji swojej polityki ekonomicznej i społecznej. Przede wszystkim aktywnego włączenia się państwa w proces pożądanych zmian, przy jednoczesnej poprawie jego działania. Jeśli tego nie dokonamy, czekają nas dziesięciolecia w stanie zależności i peryferyjności. Najwyższa pora, aby zrozumieli to także nasi politycy, w świecie nauki prawda ta stała się już bowiem nieomal powszechna.
@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.000002600.802.jpg@RY2@
Andrzej Szahaj profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki
Andrzej Szahaj
profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk myśli społecznej i filozof polityki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu