Po nas choćby potop
To mogło być głębokie i mądre powiedzenie. My sami jednak zdecydowaliśmy się, żeby interpretować je szablonowo i jednostronnie. Szkoda
@RY1@i02/2013/193/i02.2013.193.000001000.804.jpg@RY2@
Kto winny? Po trosze pewnie sama Madame de Pompadour. Wprawdzie, wbrew powszechnemu przekonaniu, to nie ona powiedziała jako pierwsza: "Żyjmy hucznie i wesoło. Po nas choćby potop". Tak naprawdę zrobił to pewien Grek półtora tysiąca lat wcześniej. Do niego wrócimy jednak za chwilę. Bo na razie to słynna kochanka (i wpływowa doradczyni) króla Francji Ludwika XV odgrywa dla naszego rozumienia potopowego porzekadła rolę kluczową. Wszyscy wiemy przecież, co się stało potem. Lud i mieszczaństwo Paryża zwarli szeregi i wystawili francuskiej monarchii krwawy rachunek za lata rozrzutności opartej na ucisku i wyzysku. Wybuchła rewolucja, która zmiotła kolejnego króla - Ludwika XVI, a w jednym z najbogatszych i najpotężniejszych krajów ówczesnego świata doszło do wieloletniej wojny domowej i terroru. I tak "Po nas choćby potop" urosło do rangi zawołania wręcz profetycznego - bo przecież ów potop faktycznie nadszedł. I pewna epoka się skończyła. Trochę jak nasze "Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa". Symbol marnotrawstwa i rażącej nieodpowiedzialności władz, które nie dostrzegły nadciągających czarnych chmur i nie zapobiegły ostatecznemu upadkowi Pierwszej Rzeczypospolitej już kilka dekad później.
Dziś Pompadourowskie powiedzonko znów jest na tapecie. W Polsce szczególnie chętnie wykorzystuje się je do uderzania w rządzących i całą klasę polityczną. Gdy na przykład krytycy premiera Donalda Tuska chcą przyłożyć rządowi, to mówią i piszą z przekąsem: "PO nas choćby potop". Zestaw zarzutów jest zwykle podobny: brak reformatorskiego zapału, życie na kredyt (wysoki dług publiczny), podlizywanie się wyborcom. Nie jestem szczególnym fanem rządu Donalda Tuska. Uważam jednak, że taka parafraza jest ciosem niecelnym. I bardziej niż sam rząd obciąża tych, którzy po ten zarzut sięgają. Dlaczego? Bo w mówieniu (z zasady), że polska klasa polityczna jest nieodpowiedzialna, dojutrkowska i marnotrawcza, widzę raczej przejaw pewnego charakterystycznego dla naszego życia publicznego rytuału. Nie tylko niemającego wiele wspólnego z rzeczywistością, lecz także niebezpiecznego. Blokującego bowiem jakąkolwiek dyskusję o alternatywnych pomysłach na rozruszanie polskiej gospodarki i zwiększenie nadwiślańskiego dobrobytu.
Choćby po reformach
Korzenie tego rytuału znaleźć nietrudno. Tkwią one w latach 80., gdy Polska najpierw ogłosiła ekonomiczną niewypłacalność, a zaraz potem (rok 1989) posypał się cały system polityczny i państwowy. Te dwa traumatyczne (choć to drugie skądinąd pozytywne) doświadczenia zaowocowały powstaniem mitycznego kultu wielkich reform, wobec których nie ma żadnej alternatywy.
Nikt nie przeczy, że po 1989 r. wiele rzeczy trzeba było zbudować na nowo. W PRL był przecież inny system podatkowy, inaczej działał rynek wewnętrzny, a prawo gospodarcze nie było dostosowane do wyzwań kapitalizmu. Problem polega na tym, że kult reform szybko zaczął się wymykać spod kontroli. W konsekwencji każdy, kto krytykował filozofię terapii szokowej, pospieszną i nieprzemyślaną prywatyzację czy związaną z tym dezindustrializację kraju, był ignorowany albo uznawany za nieodpowiedzialnego populistę lub oszołoma. Zjawisko to świetnie opisuje Witold Kieżun w wydanej właśnie książce "Patologia transformacji". Kieżun - w okresie transformacji ekonomista o pozycji już wyrobionej (był podobno nawet rozważany jako kandydat na ministra w rządzie Mazowieckiego) - pracował wówczas w Afryce, nadzorując z ramienia rządu Kanady ONZ-owskie programy modernizacyjne. "Poznałem wówczas belgijskiego biznesmena zajmującego się importem kawy burundyjskiej. Był również w Polsce i szeroko opowiadał mi o niezwykłej okazji zrobienia nad Wisłą świetnego interesu. Jest to kraj w centrum Europy, znajdujący się pod względem produkcji w pierwszej dwudziestce krajów świata, z wykwalifikowaną klasą robotniczą i inżynierską i obłędnie niskimi płacami. Istnieją tam na dodatek możliwości niezwykle taniego zakupu średniej wielkości przedsiębiorstwa państwowego. (...) Byłem przerażony. Zrozumiałem wówczas, że rozpoczyna się okres kształtowania struktury ekonomicznej Polski podobnej do dobrze mi znanych postkolonialnych krajów Afryki. Powodującej trudne do obliczenia straty majątku narodowego" - wspomina Kieżun. I pokazuje jednocześnie, jak przez cały okres transformacji ostrzeżenia formułowane przez niego i innych ekonomistów były w Polsce ignorowane. Nikt nie chciał słuchać choćby tego, że nagły spadek uposażeń większości społeczeństwa to prosta droga do recesji (tak mówił były dyrektor naukowy Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Badań Gospodarczych Kazimierz Łaski), że nie da się przeprowadzić skutecznej prywatyzacji bez kapitału przedsiębiorców czy inwestycji finansowych (to argument Henryka Flakierskiego z Uniwersytetu Nowojorskiego), że terapia szokowa na dekady wyjmie z obiegu gospodarczego szerokie rzesze ludności (jak dowodził Tadeusz Kowalik) i doprowadzi do głębokiego kryzysu usług publicznych oraz wielu patologii społecznych (twierdził były prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego Zdzisław Sadowski).
Wszystkie te argumenty były pomijane. Ich autorów przedstawiano zaś jako głosy wczorajsze i antyreformatorskie. Większość zbywano zarzutem uwikłania w poprzedni ustrój (tak jak gdyby wprowadzający gospodarkę rynkową w PRL uwikłani nie byli). "Reformatorzy" chętnie stroili się w szaty jedynych odpowiedzialnych mężów stanu, którzy podjęli bolesne, ale konieczne decyzje. Szkoda tylko, że nie zastanowili się głębiej nad koniecznością tych zmian. Nie chodzi tu wcale o to, by z dzisiejszej perspektywy arogancko potępiać polską transformację i jej autorów. Próbuję po prostu pokazać, jak kult reform bywa niebezpieczny. Zwłaszcza gdy blokuje demokratyczny przegląd rozwiązań alternatywnych i nie dopuszcza możliwości, że czasem - gdy negatywnych efektów ubocznych jest zbyt wiele - trzeba wziąć pod uwagę również świadome zaniechanie. Bo kto tu jest prawdziwym następcą Madame de Pompadour? Ci, którzy przekonywali, że zbawić nas mogą tylko wielkie, ambitne i ryzykowne reformy szokowe? Czy może ci, którzy te reformy próbowali trochę przyhamować?
Choćby po cięciach
Zostawmy historię transformacji i rozważania, co by było gdyby. Tym bardziej że przejaw płytkiego i jaskrawie jednostronnego rozumienia przysłowia "Po nas choćby potop" mamy tuż pod nosem. Przy okazji dyskusji na temat rzekomo zbyt wysokiego zadłużenia publicznego Polski. W myśl występującego tu prostego rozumowania dług to coś z gruntu złego. Przejaw nieodpowiedzialnej polityki państwowej. Problem w tym, że takie myślenie ma niewiele wspólnego z prawdą.
Pamiętają państwo, jak wśród ekonomistów rozgorzał spór o wyliczenia Carmen Reinhart i Kennetha Rogoffa. Te, na które powoływali się decydenci od Waszyngtonu po Berlin i Brukselę, uzasadniając podanie zachodnim gospodarkom lekarstwa na kryzys w postaci cięć budżetowych. Kilka miesięcy temu okazało się zaś, że z powodu błędu excelowskiego zacni akademicy dokonali niewłaściwych obliczeń. I że bezpieczna granica zadłużenia (biorąc pod uwagę historyczne przypadki) wcale nie wynosi 90 proc. PKB, tylko pewnie trochę więcej. Przyznanie się do błędu było oczywiście marnym pocieszeniem dla krajów, takich jak Grecja, Portugalia czy nawet Wielka Brytania, które końska kuracja oddłużania prowadzona w warunkach ostrej dekoniunktury strąciła w poważną recesję. Był jednak i pozytywny efekt zdemaskowania wpadki Reinhart i Rogoffa. Liczni ekonomiści raz jeszcze zasiedli do statystyk, aby sprawdzić, czy (i od którego momentu) wysoki dług publiczny faktycznie hamuje wzrost PKB. Wyniki były zastanawiające oraz w pewnym sensie również otrzeźwiające. Na przykład Miles Kimball z Uniwersytetu Michigan podsumował swoje badania w sposób następujący: "Przystępowałem do pracy, wierząc intuicyjnie, że dług prowadzi do spadku tempa wzrostu. Dobra ekonomia nie opiera się jednak na wierze, ale na dowodach. My zaś tych dowodów na związek między wysokim długiem a spowolnieniem PKB po prostu nie znaleźliśmy".
Żeby była jasność: Kimball znalazł całą listę krajów, które w miarę wzrostu zadłużenia gospodarczo hamowały. Równocześnie jednak mniej więcej tyle samo przykładów odwrotnych. Co to znaczy? Z grubsza tyle, że dług to w ostatecznym rozrachunku tylko dług. I nic więcej. Jest trochę jak alkohol. Znajdą się abstynenci twierdzący, że nie wolno go brać do ust. I jednocześnie pijacy, którzy widzą w nim lek na całe zło. Większość z nas odrzuca jednak obie te skrajności. Albo jak nóż. Można się nim pokaleczyć, ale można również posmarować chleb masłem i powidłami. I dokładnie tak samo powinno się traktować w debacie ekonomicznej kwestie długu publicznego. Można wskazać równie wiele krajów, którym pomógł on wyjść z tarapatów albo przeskoczyć na wyższy poziom rozwoju. Na przykład poprzez sensowne inwestycje w infrastrukturę albo ochronę zdrowia czy edukację. Nie zapominajmy też, że w naszym polskim przypadku bez długu nie moglibyśmy zaabsorbować wszystkich przysługujących nam środków unijnych. Bo te projekty są przecież zazwyczaj przez Brukselę współfinansowane. To zaś oznacza, że i my musimy wyłożyć część potrzebnych pieniędzy z własnej kieszeni. Oczywiście z długiem przesadzać nie można. Są bowiem i takie kraje, które zadłużenie pociągnęło na samo dno. Wszystko zależy od tego, od kogo się pożycza, w jakiej walucie (swojej czy obcej), jakie atuty ma gospodarka. To jest już bardziej skomplikowane równanie.
Choćby w długim okresie
Nadszedł dobry moment na to, by zgodnie z obietnicą pokazać drugie dno powiedzenia, że "Po nas choćby potop". "Pijmy i kochajmy! Po śmierci kości moje potop niech pochłonie!" - napisał w II wieku poeta Straton z Sardes, a więc z miasta, które było wówczas stolicą starożytnej Lidii (tereny dzisiejszej Turcji). Czytając dziś jego epigram, trudno się oprzeć wrażeniu, że ten "potop" znaczy u niego jednak coś zupełnie innego niż u słynnej francuskiej markizy, która wskrzesiła sentencję po szesnastu stuleciach. I od razu widać, że aforyzm Stratona nie jest przejawem arogancji. Odwrotnie, raczej podszytego mądrością pogodzenia z życiem. Jest czymś w rodzaju nawoływania, by się nim cieszyć. Choć przecież doskonale wiemy, jak się to wszystko skończy.
Poezją Stratona męczę państwa nieprzypadkowo. Wydaje mi się bowiem, że jest ekonomiczny odpowiednik tego powiedzenia. I to całkiem współczesny. Co bardziej dociekliwi pewnie już dawno zgadli. Tak, chodzi o Keynesowskie "W długim okresie wszyscy będziemy martwi".
Te słowa opublikowane w 1923 r. w "Traktacie o reformie monetarnej" są do dziś ulubionym cytatem przeciwników Keynesa. Dla wielu to koronny dowód na cyniczną arogancję ekonomicznych teorii Brytyjczyka z Cambridge. Nie tak dawno renomowany harwardzki historyk Niall Ferguson dowodził nawet, że Keynes nie liczył się z długofalowymi następstwami swojej polityki, bo był - jak wiadomo - bezdzietnym (choć żonatym) homoseksualistą. Rozpętała się burza, w którą włączyli się nawet biografowie Keynesa dowodzący, że ekonomista i jego żona, rosyjska primabalerina Lidia Łopokowa, przez wiele lat bezskutecznie starali się o potomstwo. Ostatecznie Fergusson ze swoich tez się wycofał.
W niczym nie zmienia to jednak sedna problemu. Czyli tego, że motto "W długim okresie wszyscy będziemy martwi" można czytać jako wyraz ekonomicznego i życiowego rozsądku Keynesa. - Polemizował z przekonaniem, że jeśli jest kryzys, to trzeba zacisnąć zęby. I nie martwić się aż tak bardzo o to, co będzie się działo w ciągu najbliższych pięciu - sześciu lat. Bo zdaniem oponentów Keynesa skoncentrować się należy na długoterminowych korzyściach z kuracji - mówił w rozmowie z DGP biograf słynnego ekonomisty Robert Skidelsky. Tymczasem Keynes (trochę prowokacyjnie) pytał: "W imię jakich racji długoterminowe konsekwencje mają być tak dalece ważniejsze od krótkiego okresu?". Trzymając się przykładu z cięciami, Skidelsky tłumaczy: - Liberałowie nie ukrywają, że budżetowe oszczędności przyniosą nieuchronny wzrost bezrobocia. Ich zdaniem jednak po kilku latach ci ludzie znajdą przecież pracę gdzie indziej. Na dodatek w zdrowszej, bardziej stabilnej gospodarce. Tyle że to tak, jak gdyby powiedzieć komuś, kto ma trzydzieści lat i znajduje się prawdopodobnie w najpiękniejszym okresie swojego życia, szuka mieszkania, znalazł życiowego partnera albo właśnie urodziły mu się dzieci: "Zabieram ci pracę, ale poczekaj dziesięć lat! Jak dojdziesz do czterdziestki, to gwarantuję ci, że dostaniesz lepszą robotę niż ta, którą miałeś do tej pory". Przecież to bzdura. To właśnie miał na myśli Keynes, szydząc z tych, którzy powtarzają, że liczy się jedynie długa perspektywa - dodaje Skidelsky. Jego zdaniem Keynes mówił coś jeszcze. Nie tylko twierdził, że nie ma niczego złego w koncentrowaniu się na krótkim okresie. Uważał też, że poprawa położenia milionów pracowników tu i teraz automatycznie przełoży się na ich lepsze jutro. I odwrotnie. Jeżeli składamy na ołtarzu reform całe pokolenie, wcale nie gotujemy lepszej przyszłości ani jego przedstawicielom, ani ich dzieciom.
Proszę zwrócić uwagę, jak wyzwalające jest to nowe rozumienie porzekadła "Po nas choćby potop". Zamiast po raz kolejny za jego pomocą narzekać na głupich i nieporadnych polityków, można pogodzić się z rzeczywistością. I powiedzieć: "Tak, wiemy, że gospodarka i życie społeczne są niedoskonałe. Że zawsze będą głupie i nietrafione inwestycje, niesprawiedliwość albo złe intencje. Ale nie ma co liczyć, że kiedykolwiek będzie inaczej. Dlatego trzeba działać tu i teraz. I nie opowiadać sobie bajek o mitycznym długim okresie. Zaniedbując okres krótki. Bo przyszłość już dawno... się zaczęła".
Choćby po krótkim okresie
Wszystko to nie wyklucza rozsądnego i konsekwentnego planowania. Jego brak jest wielkim niedostatkiem polskiego życia publicznego. Potwierdza to wielu obserwatorów. - Za największą bolączkę minionych 20 lat polskiej wolnorynkowej demokracji uważam właśnie niezrozumiałą dla mnie niechęć do myślenia strategicznego, długofalowego. Takiego, które opiera się na formułowaniu konkretnych celów już na samym początku drogi. Wtedy wiadomo bowiem, dokąd się zmierza. Potem zaś do tworzenia takich mechanizmów, które w trakcie wprowadzania zmian informują nas o wychodzących na bieżąco brakach. Co powoduje uczenie się systemu - uważa Antoni Kamiński, socjolog z Polskiej Akademii Nauk.
Podobny problem z działaniem polskich instytucji publicznych ma prawniczka Ewa Łętowska, pierwsza rzecznik praw obywatelskich i była sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Jej zdaniem prawo stanowione jest ad hoc, w oderwaniu od szerszego kontekstu. Często pod wpływem impulsu, bo coś właśnie się wydarzyło i władze chcą pokazać, że trzymają rękę na pulsie. Albo idąc na wojnę z dopalaczami czy kibolami, albo forsując ustawę o odpowiedzialności urzędników za rażące naruszenie prawa. Co skutkuje tym, że dubluje się ustawy już istniejące. Marnowana jest energia legislatorów, a system prawny robi się coraz bardziej chaotyczny. Jeżeli nawet powstaje komórka administracji rządowej odpowiedzialna za przygotowanie długofalowego, osadzonego w szerszym kontekście planu działania władz (jak choćby działająca w latach 2007-2011 grupa doradców wokół ministra Michała Boniego), to i tak efekty ich pracy nie stają się potem oficjalną, wcielaną w życie strategią państwową.
To przykłady z różnych dziedzin naszego życia publicznego. Coś je łączy. Są prawdziwym przejawem polskich kłopotów z przysłowiem "Po nas choćby potop". Tyle że ich na co dzień nie dostrzegamy, koncentrując się na sztampowym i płytkim rozumieniu tego powiedzonka.
Gospodarka i życie społeczne są niedoskonałe. Ale nie ma co liczyć, że kiedykolwiek będzie inaczej. Dlatego trzeba działać tu i teraz. Bo przyszłość już dawno się zaczęła
@RY1@i02/2013/193/i02.2013.193.000001000.805.jpg@RY2@
CORBIS/FOTOCHANNELS
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu