Iluminacja i rzeczywistość
Dziś trudno sobie wyobrazić dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwo, które nie przywiązuje wagi do promocji i reklamy. Podobnie musi postępować dobrze działający samorząd. Bombardowani zewsząd informacjami zwracamy uwagę na te, które dobrze przebiją się do nas i przynoszą jasny przekaz - że np. okolica jest atrakcyjna turystycznie albo stwarza warunki do zakładania biznesu. Jednak, jak wynika z artykułu Mariusza Szyrskiego (str. 6-7), choć promocja należy do zadań własnych samorządu, to uznanie wydatków na nią jest jak stąpanie po cienkim lodzie. Bo np. iluminacja najatrakcyjniejszych obiektów w gminie (niekoniecznie będących jej własnością) wcale promocją być nie musi, choć niewątpliwie wskazuje, jaki blask bije od władzy. Także pomoc rolnikom w uzyskaniu oznaczenia geograficznego, mimo że docelowo przysporzy okolicy wpływów, za promocję nie została uznana, bo to propagowanie produktu, a nie gminy.
Gorzej, gdy za niejasnym przekazem kryją się niejasne lub nieudolne działania włodarzy lub rady. Gdy zamiast promować miasto, wieś czy region, promuje się samych siebie. Czasem porównanie takiej promocji z tym, co naprawdę się dzieje w danym miejscu, wygląda wręcz żałośnie. Stolica np. wyraźnie stawia na nowoczesność i chce, żebyśmy się w niej zakochali. Do miasta może by się i dało zapałać uczuciem, ale do działań jego urzędników trudniej się przekonać.
W minioną sobotę robiłam zakupy na bazarze w peryferyjnej, ale stołecznej Falenicy. Tam strażniczki miejskie przepędzały (już drugi tydzień z rzędu) sprzed bazaru babcie handlujące pietruszką, nie bacząc na to, że w pobliżu w niedozwolony sposób parkują luksusowe samochody.
Być może w oczach strażników wypasiona, terenowa, zachodniej produkcji fura parkująca na zakazie postoju lepiej świadczy o wielkomiejskości stolicy niż leciwa kobieta sprzedająca od kilku lat w tym samym miejscu pietruszkę czy śliwki z własnego ogródka albo kilkadziesiąt jajek. A być może od staruszki łatwiej ściągnąć mandat na załatanie kawałka dziury w miejskiej kasie niż od osoby zasobnej, która zanim ewentualnie zapłaci, poradzi się prawnika. (Uwaga! Nie bronię tych, którzy robią biznes ze zlecania emerytom sprzedaży podkoszulek, szalików czy portfeli w niedozwolonych miejscach. Podejrzewam, że do nich właśnie należy niejedna fura z tych parkujących na zakazie).
W tak działających urzędnikach trudno się zakochać i zebranie odpowiedniej liczby głosów pod wnioskiem o odwołanie prezydent Warszawy nie dziwi, choć na rok przed wyborami może wydawać się bardziej działaniem politycznym niż obywatelskim (komentarz na str. 2).
Jednak to nie promocja, choć istotna, spędza teraz sen z powiek samorządowcom. Poważnym problemem jest prawidłowe stosowanie art. 243 ustawy o finansach publicznych. Nie tylko sam wzór z tego przepisu, lecz także interpretacje resortu finansów przysparzają kłopotów specjalistom (str. 8). Tymczasem w niezbyt odległej perspektywie mamy szansę na kolejne - i to niemałe - pieniądze z Unii (str. 9). I dobrze byłoby, żeby dało się je wykorzystać.
@RY1@i02/2013/181/i02.2013.181.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadzący
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadzący
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu