Dlaczego związki są tak niepopularne
Dużo ostatnio mówi się u nas o związkach zawodowych. Czy Piotr Duda jest warchołem? I ile właściwie zarabia przewodniczący "Solidarności"? I kto powinien utrzymywać związki? Nie odkryję Ameryki, twierdząc, że w polskich mediach (i to bez wyjątku!) pisze się o pracowniczych organizacjach bardzo negatywnie. Spróbujmy jednak spojrzeć na sprawę na chłodno. Czy taki obraz na pewno oddaje całą prawdę o nich?
Wyskoczmy na chwilę z polskiego piekiełka. Brytyjski "Guardian" doniósł, że lider Partii Pracy Ed Miliband rozważa rozluźnienie tradycyjnych (choć i tak już coraz luźniejszych od czasów Tony’ego Blaira i Gordona Browna) związków z unions. Po dekadach zapoczątkowanego przez thatcherystów permanentnego oskarżania ich o zatapianie gospodarki przedstawiciele pracobiorców zyskali opinię warchołów. Nikt nie wnika w to, czy słusznie, czy niesłusznie. Zupełnie jak u nas. Jeden z moich ulubionych brytyjskich analityków ekonomicznych Chris Dillow napisał o tym tekst pt. "Dlaczego związki są takie niepopularne". I znów większość argumentów daje do myślenia również u nas. Oczywiście, jeśli ktoś na te argumenty się otworzy, a nie jest z góry przekonany, że związkowcy to wcielone diabły.
Po pierwsze, związki są niepopularne nie ze względu na obecną politykę, lecz z powodu wnioskowania na podstawie przeszłości. Każdy z nas zmienia zdanie bardzo powoli, a zwłaszcza w tych sprawach, których uważnie nie śledzi. Słyszeliśmy kiedyś o związkowych patologiach? To zazwyczaj wystarczający powód, by utwierdzić się w przekonaniu, że w tej materii nic się nie zmieniło. Tak samo metkuje się choćby prawicę, oskarżając ją o rasizm i antysemityzm (zazwyczaj ten przedwojenny).
Po drugie, związki są uważane za relikty minionej epoki. Za dinozaury, które nie pasują do, jak to się teraz mówi, ponowoczesnej gospodarki. Tylko że nikt nie dodaje, że wiara w ponowoczesną gospodarkę w wyniku kryzysu z 2008 r. mocno się zachwiała. Okazało się, że nowy wspaniały świat bez związków zawodowych wcale nie jest dla pracownika taki świetny i przyjazny, jak niegdyś sądzono.
Po trzecie, duch czasów głosi pochwałę silnej jednostki. Życie to gra, w której zwycięzca bierze wszystko. Tak jak w telewizyjnych teleturniejach. Z tego punktu widzenia związkowa solidarność jest dla postronnego obserwatora aberracją albo oszustwem. Zasłoną dymną, za którą kryją się interesy paru chciwych związkowych kacyków. Bo przecież nie może być na serio.
I po czwarte, związkowcy z ich językiem i żądaniami wydają się tacy nieokrzesani. I jeszcze wyglądają gorzej niż przedstawiciele pracodawców. Dlatego ci ostatni mogą się wcielać w różnego rodzaju medialnych dyskusjach w niezależnych ekspertów (to akurat zjawisko powszechne również w Polsce). A związkowiec to zawsze reprezentant partykularyzmu. Nikomu nie przyjdzie w ogóle do głowy, by traktować go jako niezależnego analityka. Albo inny przykład: przez lata hasło "Co dobre dla GM, dobre też dla amerykańskiej gospodarki" było traktowane najzupełniej serio. Wpiszmy do tego zdania nazwę którejś z dużych związkowych central. No właśnie. Jakoś trudno to sobie nawet wyobrazić.
Tyle Chris Dillow. Niby o rynku brytyjskim, ale mam wrażenie, że i o polskim problemie ze związkami wiele możemy się od niego nauczyć. A po co właściwie? A po to, żeby wreszcie rozpocząć rzeczową debatę na temat tego, w których momentach ekonomiczny zdrowy rozsądek nakazywałby jednak przyznać związkowcowi trochę racji. A kto z zasady twierdzi, że takich momentów w ogóle nie ma, ten niestety niewiele rozumie z gospodarki rynkowej.
@RY1@i02/2013/149/i02.2013.149.000000200.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu