Lokalne wybory zmuszają do myślenia
Niedzielna druga tura wyborów samorządowych w Elblągu przyniosła zmianę włodarza. W konsekwencji może, choć niekoniecznie musi, przynieść też zmianę formacji politycznej, która będzie miała większość w radzie miasta. Taki jest sens demokratycznych regulacji działających nawet wtedy, gdy do samorządowych wyborów mamy niewiele ponad rok.
Niezadowolenie z miejskich władz musiało być duże, skoro nawet afera podsłuchowa nie odebrała nowemu włodarzowi zwycięstwa. Potwierdza to też fakt, że bardzo niechętni wkładaniu głosów do urn Polacy stawili się do wyborów w liczbie wystarczającej do obalenia władzy i było ich nawet nieco więcej niż poprzednim razem w drugiej turze wyborów.
Nie można powiedzieć, że lokalne władze się nie starały - postawiły przecież m.in. na budżet partycypacyjny. Tyle, że priorytety inwestycyjne okazały się dla mieszkańców mniej istotne niż szokowa podwyżka czynszów i niewygoda związana z permanentnie rozkopanymi ulicami. Popularności władzy zaszkodziły także działania, którym wprawdzie nie można było zarzucić niezgodności z prawem, ale które można nazwać kolesiostwem.
A przecież Elbląg to tylko preludium tego, co może nas czekać za parę miesięcy w stolicy. Wiele wskazuje na to, że scenariusz, przynajmniej częściowo, się powtarza. Bo do niezadowolenia z corocznych podwyżek cen komunikacji miejskiej (a zapowiedziane są już kolejne) dołączył totalny paraliż kolei podmiejskich i metra, tak że miasta nie da się szybko przejechać ani z północy na południe, ani ze wschodu na zachód. Liczbę autobusów, które mogłyby nieco złagodzić skutki remontów, zaś ograniczono, tłumacząc to m.in. tym, że trasy przebiegają równolegle do linii kolejowej. Wydaje się więc, że problemów z zebraniem odpowiedniej liczby podpisów do odwołania prezydent miasta nie będzie. Wtedy droga do odwołania stoi otworem, a wybory zmieszczą się w ustawowych terminach. Piszemy o tym na stronie 9.
Nasz ekspert nie jest też zwolennikiem zmian w ustawie o referendum lokalnym, wprowadzających ostrzejsze zasady przy ich organizowaniu. - Im mniej regulacji ograniczających wolności obywatelskie na poziomie samorządów, tym lepiej dla rozwoju demokracji lokalnej - uważa dr Mariusz Szyrski z UKSW. I pewnie ma rację. A samorządowcom można jedynie poradzić, by lepiej wsłuchiwali się w to, czego potrzebują mieszkańcy. Bo czasy, kiedy pragnęli fontann i basenów, minęły. A to może oznaczać, że trzeba się będzie zastanowić nie nad tym, jak wydać kolejne unijne pieniądze, ale jak ograniczyć własne koszty, by zmniejszyć obciążenia dla obywateli.
@RY1@i02/2013/132/i02.2013.132.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadząca
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadząca
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu