Projektowanie ma sens. Szczególnie w polityce
Politycy nieustannie powinni podejmować decyzje: wojna czy pokój, więcej inwestycji w edukację czy w służbę zdrowia, staranne ograniczanie budżetu czy inwestowanie w celu pobudzenia gospodarki. Takich działań są dziesiątki i każde z nich powoduje, że ktoś jest zadowolony, a ktoś inny nie. Ponieważ politycy w czasach arytmetycznej demokracji dbają przede wszystkim o stan opinii publicznej, to unikają podejmowania takich decyzji, które mogłyby wywołać niezadowolenie sporych grup społecznych, co prowadzi do niepodejmowania - w miarę możliwości - działań w ogóle. Polityka przestaje być polityką.
W wieku XIX i w pierwszej połowie wieku XX w polityce europejskiej dominowały ideologie, spójne zespoły poglądów na wszystkie sprawy publiczne. Konserwatysta był konserwatywny w odniesieniu do wartości moralnych, struktury społecznej, gospodarki i edukacji. Podobnie spójne poglądy miał socjalista czy liberał. Z tej racji stanowiska te wykluczały się, więc konkurencja była zajadła, często po prostu była to wrogość. Kiedy w drugiej połowie XX w. nastąpił koniec wieku ideologii, było to możliwe dlatego, że poglądy odnośnie do wielu spraw dotychczas spornych wydawały się uzgodnione. Powszechnie zgodzono się m.in., że dzieci nie powinny pracować w kopalniach, że kobiety mają równe prawa i że państwo ma mieć charakter świecki. Rezygnacja - słuszna - z trzymania się spójnych ideologii (warto przypomnieć "pochwałę niekonsekwencji" głoszoną przez Leszka Kołakowskiego) nie oznacza jednak, że można zrezygnować z priorytetów, a zatem z podejmowania decyzji wyboru tej lub innej drogi, decyzji, która zawsze jest obciążona sporą dozą ryzyka.
Ponadto politycy i ekonomiści - a może przede wszystkim ci drudzy - zrozumieli w lot, że nieszczęściem minionych czasów było planowanie. Oczywiście w większym stopniu idiotyczne planowanie socjalistyczne, ale także planowanie prowadzone przez państwo opiekuńcze, gdyż każde narzucanie wymyślonego projektu na płynną i zmienną rzeczywistość jest nonsensem. Jednak unikając planowania, projektu, wizji, marzeń, w końcu doprowadzono do tego, że polityka przestała zajmować się przyszłością choćby odrobinę bardziej odległą niż dzień jutrzejszy. Polityków mających wizję zaczęto zaś uznawać za szaleńców, a co najmniej ludzi nieodpowiedzialnych.
Połączenie obu czynników - niechęci do podejmowania z natury rzeczy niepopularnych decyzji oraz niechęci do formułowania projektów politycznych i społecznych - prowadzi nas do czasów dzisiejszych, czyli do niechęci do uprawiania polityki w ogóle. Formułowanie projektów oraz priorytetów odbywa się wyłącznie w czasie kampanii przedwyborczych, a i wtedy często bywa sprowadzone do propozycji symbolicznych, jak 75-proc. podatek dla najbogatszych zapowiadany przez prezydenta Francji Francois Hollande’a. W dodatku wyborcy tak do tego przywykli, że powstaje swoisty cyniczny układ: politycy obiecują, wiedząc, że obietnic nie dotrzymają, ale i wyborcy to wiedzą, a mimo to słuchają obietnic rzucanych na wiatr, bo na jakiejś podstawie muszą podjąć decyzję, na kogo głosować. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji frekwencja wyborcza spada.
Funkcjonuje zatem we współczesnych demokracjach tylko jeden projekt polityczny: zadowolić możliwie dużą liczbę obywateli, zadowolić chociaż w bardzo umiarkowanym stopniu, a przy tej okazji jak najmniejszą liczbę obywateli do siebie zrazić, więc za wszelką cenę unikać wyraźnych, stanowczych czy jednoznacznych sformułowań. To zaś sprawia, że nawet język polityki staje się skrótowy, ogólnikowy i pozbawiony nie tylko dosadności, ale nawet klarowności. Tylko politycy populistyczni pozwalają sobie na ostre sformułowania, ale to przynosi znacznie więcej szkody niż pożytku.
W czasach sprzyjającej koniunktury gospodarczej, demograficznej i socjalnej oraz w czasach rozkwitu sztuk i nauk taki sposób nieuprawiania polityki mógłby przez kilka dekad trwać i sprawiać, że wyborcy byliby usatysfakcjonowani. Jednak mimo nadludzkich intelektualnych wysiłków ekonomistów koniunktury przychodzą i odchodzą, po części tak jak zjawiska przyrody (a co najmniej ich cykliczny charakter jest poza wątpliwością). Cykliczny charakter koniunktur nie do końca daje się logicznie wytłumaczyć i czasem wiemy, dlaczego w danym kraju następuje niż demograficzny, ale często tego nie wiemy i mimo że stosujemy wszystkie znane środki zaradcze, nie udaje się tej tendencji wyhamować.
Rzeczywistość bowiem jest poznawalna i wiele na jej temat wiemy, ale co najmniej równie wiele, a nawet jeszcze więcej nie wiemy (albo nie podlega to racjonalnemu opisowi). Fakt ten powinien spędzać politykom sen z powiek i czasem może spędza, na ogół jednak umacnia tylko w nich niechęć do, jak mówią, prorokowania, czyli roztropnego projektowania. Pod tym względem politycy nie biorą wzoru nawet ze zwykłych ludzi, którzy doskonale wiedzą, że plany dotyczące kariery, rodziny, czasu wolnego często się nie spełniają, ale plany te formułują, bo jakże mogliby żyć inaczej?
Jest tak, jakby pod wpływem demokracji medialno-arytmetycznej politycy zapomnieli, że niektóre z największych osiągnięć powojennej demokracji były dokładnie zaprojektowane, i to z uwzględnieniem błędów poczynionych w 1918 r. w Wersalu i w całym okresie międzywojennym. My, a co najmniej Europa Zachodnia, osiągnęliśmy sukcesy dzięki planom, niektóre z nich nawet nazywały się planami, jak plan Marshalla. Podobnie było z projektem formułowanym już w trakcie wojny, z planem zbudowania wspólnoty europejskiej, który stopniowo wcielano w życie, przecież z fantastycznym sukcesem, mimo obecnych kłopotów Unii Europejskiej. UE po wojnie wyrosła na projektowaniu i ryzykowaniu - jakże szaleńczym krokiem wydawało się zaplanowanie przyjaźni francusko-niemieckiej, a udało się. Europa słabnie na odmowie myślenia naprzód i odmowie podejmowania ryzyka.
Jak to się ma do najnowszych wydarzeń w Polsce, a w szczególności do teoretycznie rozsądnych, a na razie praktycznie nierozsądnych propozycji dyskusji w obrębie Platformy Obywatelskiej. Propozycje debaty, która miałaby dotyczyć takich nieokreślonych bądź pustych pomysłów jak postawy konserwatywno-liberalne, a tym bardziej republikańskie, nie zapowiadają niczego dobrego, bo nie o to w polityce chodzi. Ale można sobie wyobrazić, prawdopodobnie tylko wyobrazić, debatę na temat istotnych dla społeczeństwa, a więc i dla samej partii politycznej, spraw.
Wymagałoby to jednak porzucenia nadziei, że wszystko da się jednocześnie polepszyć. Konieczne stałoby się sprecyzowanie priorytetów i równie jasne wyjaśnienie społeczeństwu, dlaczego takie właśnie priorytety się wybiera, a zatem wymagałoby elementów projektu społecznego. Nie będę tu wymieniał tych priorytetów, bo i nie moje to zadanie, i nie mam zamiaru udawać mądrego, i - wreszcie - nie jestem politykiem. Formułując nawet minimalistyczne projekty, naturalnie nie uda się wszystkich zadowolić. Podjęcie takiego ryzyka oznaczałoby powrót do polityki umiarkowanego ryzyka, a zatem także powrót do polityki, która stwarza nadzieję.
Naturalnie istnieje szansa, że w rezultacie zajęcia znacznie bardziej wyraźnego stanowiska wobec zasadniczych spraw społecznych i gospodarczych, edukacyjnych i naukowych Platforma Obywatelska czy inna partia, która by to uczyniła - bo wszystkie boją się wyrazistych poglądów jak diabeł święconej wody - odniesie porażkę. Byłaby to jednak, po pierwsze, najpewniej porażka krótkotrwała, bo obywatele stopniowo doceniliby sens projektowania w polityce, i - po drugie - porażka dla danej partii, ale sukces dla polskiej polityki, gdyby stała się polityką naprawdę.
Unikając planowania, projektu, wizji, marzeń, w końcu doprowadzono do tego, że polityka przestała się zajmować przyszłością choćby odrobinę bardziej odległą niż dzień jutrzejszy. Polityków mających wizję zaczęto zaś uznawać za szaleńców
@RY1@i02/2013/114/i02.2013.114.00000270a.803.jpg@RY2@
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król filozof
historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu