Epoka konszachtów
Przyznam - włosy stanęły mi dęba. Było to wtedy, gdy czytałem doniesienia dotyczące zarobków byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego u najbogatszego Polaka Jana Kulczyka. Co gorsza, przeczytałem i posłuchałem kilkudziesięciu bodaj komentarzy uznanych publicystów na ten temat.
Żeby była jasność: nie jestem w stanie ocenić stopnia zażyłości Kwaśniewskiego i Kulczyka w okresie, gdy ten pierwszy piastował urząd prezydenta. Owszem, krążą historie, że razem na przykład ustalali skład rad nadzorczych i zarządów największych polskich spółek, które chciał przejąć biznesmen. Przypomnijmy, że Kulczyka sprawdzała i sejmowa komisja śledcza, i prokuratura. Owszem, można było dowiedzieć się o różnych interesujących historiach. Tyle że nie były one na tyle mocne, żeby kogokolwiek zapakować do kryminału. Niemniej nie szkodzi to, by teraz, gdy sprawa odżyła, media nazywały dawne kontakty Kwaśniewski - Kulczyk "konszachtami". Można było dowiedzieć się o "wszechwładnym biznesie" i usłyszeć pytania, za co Kwaśniewski Kulczykowi się odwdzięcza. Czyli z góry można założyć, że sprawa jest kompletnie niejasna i całkowicie wpisuje się w tryb działania kasty, którą jeszcze nie tak dawno określano jako polskich oligarchów.
Chyba warto w tym momencie przywołać postać byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera. Ha, ha, przecież to właśnie on poszedł na lep Rosjan, angażując się w projekt Nord Stream. Hm, ale Nord Stream, wbrew polskim nadziejom, został zbudowany i uruchomiony. Może jakąś rolę odegrał w tym właśnie Schroeder i to już po kanclerskiej kadencji? Dzięki swoim kontaktom i relacjom. Może nieźle znany w świecie Kwaśniewski jest potrzebny Kulczykowi nie do odwdzięczania się, ale właśnie do takich spraw? Wszak najbogatszy Polak od dawna zapowiada, że interesuje go biznes w międzynarodowej skali. A Kwaśniewski w gronie doradców firmy Kulczyka zasiada w całkiem niezłym towarzystwie w postaci byłego prezydenta Niemiec Horsta Koehlera oraz byłego bliskiego doradcy Obamy Jamesa Jonesa. Jak rozumiem, również odwdzięczają się za coś Kulczykowi.
Jest jednak jeszcze gorzej. Od dawna powtarzam, że polscy politycy mają alergię na polski duży biznes, o ile nie są to firmy, w które zaangażowany jest Skarb Państwa. Delikatnie mówiąc, jest to wbrew światowym trendom. Coś się zmieniło na tym padole przez parę ostatnich lat. Rządy hołubią rodzimych biznesmenów w sposób jeszcze bardziej bezwzględny, niż robiły to wcześniej. Samolotu prezydenta czy premiera lecących z zagraniczną wizytą nie powinno zaludniać stu mniej lub bardziej mętnych przedstawicieli rządowych agencji, lecz stu najbogatszych Polaków. Swoich najlepszych biznesmenów promuje cały świat.
A my mamy "konszachty" i "wszechwładny biznes". Słowa, które sprawiają, że politycy, niezależnie od swojej barwy, już nawet dla świętego spokoju będą tychże konszachtów unikali. Czy na tym wygramy? Niekoniecznie. Owszem, do naszych najbogatszych można mieć mnóstwo pretensji, chociażby za podatki, których bardzo, ale to bardzo nie chcą płacić w Polsce. Ale jednocześnie są to ludzie, którzy - tak jak spółki skarbu - są w stanie tworzyć u nas miejsca pracy, kreować innowacyjność gosp odarki i jej ekspansję zagraniczną. Co więcej, nigdy tutaj się nie obejdzie bez kontaktów z czołowymi politykami, to są po prostu elity tego kraju. Powtarzam: świat to rozumie i potrafi świetnie wykorzystać. My tkwimy w epoce konszachtów.
@RY1@i02/2013/008/i02.2013.008.00000280d.802.jpg@RY2@
Marcin Piasecki, wydawca DGP
Marcin Piasecki
wydawca DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu