Klif inwestycyjny
W środę 2 stycznia Stary Kontynent był już pogrążony w mroku, gdy zza oceanu nadeszła pokrzepiająca wieść: Amerykanie dogadali się w sprawie klifu fiskalnego. Trudno o lepsze rozpoczęcie roku. Na giełdach pojawił się powiew optymizmu. Przynajmniej na razie USA uniknęły finansowego samobójstwa, co uderzyłoby obuchem w całą światową gospodarkę.
Właśnie: na razie. Bo jak się temu amerykańskiemu porozumieniu bliżej przyjrzeć, to na jaw wychodzi brutalna prawda, że w USA tak naprawdę nie rozwiązano żadnego problemu, a polityczna wojna o podatki i cięcia budżetowe z nową siłą wybuchnie już za kilka tygodni. Przyznam, że w tej całej historii, już po zawarciu niby-porozumienia, uderzyły mnie komentarze zwykłych ludzi. Nie było w nich zbyt głębokiego oddechu ulgi, pojawiła się za to całkiem solidna porcja wściekłości. Oczywiście na polityków w Waszyngtonie, którzy w ostatniej możliwej chwili, prowizorycznie, na kolanie, decydują o kwestiach tak ważnych jak podatki i wydatki państwa. Trudno odmówić temu słuszności, nawiasem mówiąc, widać tutaj jak na dłoni skłonność do szaleństw każdej klasy politycznej, nie tylko tej znad Wisły.
Tyle tylko, że my mamy swoje kłopoty i to także o nieładnym, klifowatym kształcie. Rok 2013 może się okazać niestety rokiem regresu jednego z najważniejszych motorów gospodarki: inwestycji. Amerykanie mają swój klif fiskalny, my będziemy mieli klif inwestycyjny, a eksperci zastanawiają się już tylko nad jego rozmiarami. No bo kto ma pchać inwestycje do przodu? Przedsiębiorcy? Stan rynku raczej ich do tego nie zachęca. Administracja publiczna? Tutaj eldorado minęło, a interesujący skąd-inąd eksperyment pod hasłem Inwestycje Polskie na pewno nie nabierze rozpędu w tym roku. Samorządy? Właśnie zaczynają zaciskać pasa. Inwestorzy zagraniczni?
I tutaj dochodzimy do kluczowego punktu, który ilustruje główny problem z inwestycjami w Polsce. Najlepiej posłużyć się przykładem głośnym, czyli tyskiej fabryki Fiata. Fabryki świetnej, tylko krok po kroku pozbawianej perspektyw przez swojego włoskiego właściciela. Dla porządku przypomnę, że Włosi ugięli się pod presją swoich polityków i zaczęli inwestować w fabryki we własnym kraju, co większego uzasadnienia ekonomicznego nie ma, uspokaja natomiast właśnie polityków i opinię publiczną na Półwyspie Apenińskim, która równocześnie jest największym klientem Fiata. A w razie kłopotów dużo łatwiej będzie sięgnąć po rządową pomoc, niż produkując auta w krajach tak oddalonych jak Polska.
Tak próbujemy się pocieszać u nas, nad Wisłą. Są jednak dwa znaki zapytania. Po pierwsze ten sam Fiat, który kładzie kłody pod nogi Tychom, dosyć konsekwentnie rozwija fabrykę w Serbii. Tutaj jednym z najbardziej decydujących czynników są koszty pracy. Tak, tak, powoli przestajemy być krajem, który bije na głowę resztę Europy poziomem pensji. Ale jest też czynnik drugi, ważniejszy. Będziemy bronić fabryki w Tychach i tam zatrudnionych. Nowy wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński zapowiedział, że odbędzie z Fiatem poważne rozmowy mające doprowadzić do uruchomienia produkcji nowego auta w Tychach. Argumenty? Wieloletnia doskonała współpraca i wysoki poziom tyskich pracowników.
Argumenty jak najbardziej prawdziwe, ale czy wystarczająco mocne? Może warto zadać pytanie, co tak naprawdę polski rząd zrobił, żeby wspierać inwestycje? Jak rozwiązywał podstawowe problemy przedsiębiorców i tych większych, i tych mniejszych w postaci biurokracji, ciągle bardzo słabej infrastruktury czy dramatycznego sądownictwa gospodarczego? Wydaje się, że dosyć marnie. Jedyny realny postęp można zobaczyć w sferze korupcji, która przestaje być zmorą naszego kraju. A reszta? Owszem, awansujemy w rankingu Doing Business, ale to wszystko po prostu mało. Polskie rządy, tak jak na przykład nasi południowi sąsiedzi, nie wyłożyły olbrzymiej kasy, by pomóc inwestorom, którzy chcieli wybudować tam fabryki. I dobrze. Tylko że jednocześnie nie zrobiły wiele, by inwestowanie w Polsce było przedsięwzięciem nienarażonym na różnorakie ryzyka, po prostu - w masowej skali perspektywicznym i opłacalnym. A był na to czas.
Niestety, wygląda na to, że teraz będziemy zbierać tego owoce w postaci klifu inwestycyjnego. Oczywiście główną jego przyczyną jest kryzys przetaczający się przez Europę. Ale nie miejmy też złudzeń, że gdyby warunki do inwestowania były lepsze, i dla rodzimych firm, i dla zagranicznych, wskaźniki wyglądałyby inaczej. W innym miejscu byłyby inwestycje, w innym miejscu byłaby cała gospodarka.
@RY1@i02/2013/003/i02.2013.003.18600120b.802.jpg@RY2@
Marcin Piasecki, wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Marcin Piasecki
wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu