Pójdź, dziecię, ja cię zrobię w balona
Czy instytucje oświatowe mogą rok po roku oszukiwać uczniów i rodziców, udając, że uczą czegoś, czego nie ma? Czy to możliwe - w dobie władzy mediów i internetu? Odpowiedź brzmi: tak. Mechanizm pseudonauki nazywa się "gimnazja dwujęzyczne", a jego narzędzie to tzw. testy predyspozycji językowych. Ci, którym blisko do wnętrza problemu - nauczyciele, co bardziej świadomi rodzice - wiedzą, o co chodzi. Ci, którym nie jest tak blisko, najczęściej są bardzo zdziwieni.
Jak to działa? Co roku cała masa gimnazjów prowadzi rekrutację do klas nierejonowych, organizując naukowo opracowane testy sprawdzające zdolności językowe kandydatów. Dokonuje w ten sposób wstępnej selekcji, potem, w drugim etapie, wybiera tych z lepszymi świadectwami. To w zasadzie początek i koniec dwujęzyczności.
Gdy już się ucznia przyjmie, jego wybitne predyspozycje rozwijane są - hmm, dość skromnie. Owszem, lekcji języka jest nieco więcej niż w zwykłej szkole. Ale program dwujęzyczny pozostaje na papierze - przez trzy lata gimnazjaliści uczą się czasem trochę angielskich lub francuskich słówek na biologii, chemii lub historii. Prawdziwa dwujęzyczność wymagałaby całkowicie innych programów, inaczej przeszkolonych nauczycieli, ale o to już nikt nie dba, bo pozory zachowano, a cel uświęcił środki. Zostaje zwykła orka pod test gimnazjalny.
Tam, gdzie gimnazjum jest dodatkiem do prestiżowego LO, klasa dwujęzyczna służy selekcji zdolnych uczniów i obchodzeniu przepisów oraz ministerialnych zaleceń. Te głoszą bowiem, że selekcjonowanie według osiągnięć jest dopuszczalne dopiero w liceum, wcześniej można dobierać uczniów na podstawie specjalnych predyspozycji. Stąd klasy sportowe, plastyczne, muzyczne, no i dwujęzyczne. Kuratoria wyznaczają rejonowe zasięgi dla gimnazjum, te zaś robią swoje, bawiąc się w kotka i myszkę.
Jak świat światem, pewne rodzaje elit trwały metodą kooptacji talentów. I zaprzęgania ich do pracy. Ale złe jest okłamywanie młodzieży, uczenie wtórności i umysłowego tchórzostwa. Bo tak naprawdę test predyspozycji niczemu nie służy. To zasłona dymna - prawdziwa selekcja odbywa się w konkursie świadectw. Dzięki niemu szkoła ma pewność, że wybrała lepszych, pilniejszych lub zdolniejszych uczniów niż szkoły z rejonu. Dzięki temu ma łatwiejszą pracę.
Są też inne szkoły, gdzie klasa dwujęzyczna jest elementem programu naprawczego albo po prostu pomysłem na to, jak przyciągnąć nieprzeciętną, niekoniecznie bardzo rejonową młodzież.
I znów - na pozór nic komu do tego. Niestety, to jest pozór właśnie. Niech mają ciekawe klasy, dodatkową pulę zajęć językowych, namiastkę profilu i jakiś haczyk na nastoletnie umysły. Ale niech nie robią cyrku - testów, które wszyscy zdają, potem złudzeń, że oferuje się nową jakość. Wystarczy zobaczyć kilka gimnazjów w Warszawie - te testy zdali prawie wszyscy. Dlaczego? Bo to gra pozorów. Chodzi o marketing.
A angielski? To przede wszystkim już nie jest język obcy. Jeśli ktoś chce uczyć angielskiego jako obcego, chyba zabłąkał się gdzieś w XX wieku. Gmatwając i utrudniając dostęp do edukacji językowej, wprowadza się hamulce w całym systemie. Bo do tego właśnie sprowadza się pozorna dwujęzyczność w gimnazjach - to utrudnianie dostępu do edukacji: najzdolniejszym - do programów na miarę ich zdolności; tym przeciętnym - do powszechnej nauki języka na dobrym poziomie.
Dwujęzyczność to nie kwestia żadnych tam wydumanych predyspozycji, tylko powszechna i superpilna konieczność! W każdej klasie i w każdej szkole, w Krakowie i w Ciechocinku. Jeśli tego nie zrozumiemy, będziemy sami sobie rzucać kłody pod nogi. Obniżymy konkurencyjność naszych szkół i polskiego rynku.
@RY1@i02/2014/237/i02.2014.237.000001100.802.jpg@RY2@
Marek Szpanowski nauczyciel, publicysta
Marek Szpanowski
nauczyciel, publicysta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu