Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Państwa w państwie

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Bzdura. Biedni muszą być biedni, żeby bogaci mogli być bogaci. Macie coś innego?" - w taki sposób jeden z moich pierwszych redaktorów zgasił koleżankę dziennikarkę, która chciała napisać o jakimś unijnym raporcie zwracającym uwagę na problem biedy w Europie.

Rozumiem tego redaktora. To było dawno temu. Jeszcze przed kryzysem i na długo przed "Kapitałem w XXI wieku" Thomasa Pikettyego. Generalnie rzecz biorąc, temat nierówności dochodowych w ogóle wtedy nie istniał. A już na pewno nie jako strukturalne wyzwanie polityczne. Co najwyżej materiał na jakiś ckliwy obrazek z gatunku "bieda była, jest i będzie".

Rozumiem tego redaktora tym bardziej, że wielokrotnie słyszałem potem bardzo podobną argumentację z ust osób dużo bardziej otrzaskanych z tematem. Na przykład od najbardziej renomowanego badacza polskiej stratyfikacji społecznej Henryka Domańskiego, który jest zdania, że nierówności mają do spełnienia bardzo ważną funkcję społeczną. Motywują do samorozwoju, pracowitości i generalnie do większej ekonomicznej zaradności. Podobnego zdania są również zwolennicy podażowego podejścia do gospodarki, którzy są w Polsce wciąż są w większości (tak mi się wydaje, choć zaznaczam, że badań empirycznych na ten temat nie prowadziłem). Ich zdaniem wzrost nierówności jest sensowny, bo pozwala na to, by kapitał zakumulował się w rękach najbardziej przedsiębiorczych obywateli, którzy najskuteczniej tę nadwyżkę zainwestują, nadając gospodarce dalszy impet.

Tylko że na sprawę można patrzeć również od drugiej strony. I niekoniecznie musi to być spojrzenie tak bojowe, jak wizja Thomasa Pikettyego z "Kapitału w XXI wieku". A więc perswadujące (straszące?) bogatych, że jak tak dalej pójdzie, to cierpliwość tych na dole dochodowej drabinki w końcu się wyczerpie. Tak jak wyczerpywała się w roku 1789 albo 1917. Do takich - mniej nachalnych, ale może nawet mocniejszych merytorycznie - badaczy należy bez wątpienia Branko Milanović z nowojorskiej uczelni CUNY (wcześniej przez lata pracujący w Banku Światowym). Milanović zasłynął głównie prekursorskimi badaniami historycznymi nad nierównościami dochodowymi w społeczeństwach przednowoczesnych (zaczął od nierówności w Bizancjum około roku 1000 i wyszło mu, że były podobne do tych... w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych). Wnioski zebrał potem w głośnej książce "The Haves and the Have-Nots" (O tych, co mają i nie mają).

A teraz Milanović (do spółki z Royem van der Weide z Banku Światowego) postanowił sprawdzić coś, co do tej pory badaczom umykało. Mamy bowiem sporo prac na temat tego, czy i jak wzrost nierówności w społeczeństwie przekłada się na ogólny trend rozwoju PKB. To jednak jest zawsze operowanie wartościami uśrednionymi. A gdyby tak sprawdzić, czy i jak poziom nierówności wpływa na ilość dochodu rozporządzalnego w różnych częściach społecznej drabiny?

Milanović i van der Weide użyli w tym celu amerykańskich danych za lata 1960-2010. I to z podziałem na poszczególne stany. Ich wnioski są dość czytelne: gdy nierówności rosły, dochody znacząco spadały właśnie wśród najbiedniejszych. I odwrotnie, gdy nierówności szły w dół, to kosztem najbogatszych (mniejszy dochód w następnym okresie). Niestety, to nigdy nie była gra, w której wszyscy mogli być wygranymi. Co ciekawe, takie zmiany na poziom dochodu klasy średniej odbijały się dopiero w długim okresie. W pierwszej chwili te tendencje były dla średnio zarabiających niedostrzegalne.

Dlaczego tak się dzieje? Milanović i van der Weide po przeanalizowaniu wielu możliwości skłaniają się ku następującemu wyjaśnieniu. Im nierówności większe, tym bogaci mniej chętnie korzystają z instytucji publicznych. I automatycznie tracą zainteresowanie ich wspieraniem. Czy to poprzez rosnącą presję na obniżki podatków, czy przesuwanie politycznych priorytetów rządu na inne, z ich perspektywy bardziej potrzebne cele (na przykład wspieranie przedsiębiorczości albo obrona narodowa). Tymczasem to właśnie publiczna edukacja, służba zdrowia czy transport są instytucjami, z pomocą których społeczne doły mogą doświadczyć awansu.

Lekcja, która stąd płynie, jest dosyć pesymistyczna. Milanović i van der Weide sugerują bowiem, że nierówności mają głęboko wmontowaną skłonność do samonakręcania. I że zignorowane przynoszą dużo większe konsekwencje niż utrwalanie podziału na biednych i bogatych. Takie państwo w końcu przestaje być... państwem. A staje się zbiorem państw w państwie. Przed czym przestrzegał już dawno temu Platon. W "Państwie" właśnie.

@RY1@i02/2014/236/i02.2014.236.000000400.101.gif@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.