Dziennik Gazeta Prawana logo

Diamenty gubią się w polskim piekle

2 lipca 2018

Opinia

Dotarł do mnie list pani, której córka po ukończeniu studiów w Wielkiej Brytanii i odbyciu wielu zakończonych najwyższymi ocenami praktyk międzynarodowych nie była w stanie znaleźć żadnego zatrudnienia w Polsce. Ku zmartwieniu rodziców przyjęła ofertę pracy w Zjednoczonym Królestwie, gdzie być może zostanie na stałe. Nie jest to bynajmniej przypadek odosobniony. Na tle swojej osobistej historii autorka listu zadaje zasadne pytanie: dlaczego nie potrafimy w Polsce wykorzystać umiejętności, wiedzy, doświadczeń i talentów rosnącej grupy najzdolniejszych i najaktywniejszych młodych Polaków i Polek wykształconych za granicą? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.

Zacznę od osobistego wspomnienia z początku lat 70. z Berkeley. Szokiem było dla mnie to, że na stacji paliw benzynę nalewał mi młody człowiek, który był doktorem fizyki tego właśnie uniwersytetu (jednego z najlepszych na świecie). Wyjaśnił mi spokojnie, że grant badawczy, przy którym pracował, skończył się i szuka czegoś nowego, korzystając z okazji niewielkiego choćby zarobku. Rzeczywiście po paru tygodniach przestał się pojawiać. Przyzwyczailiśmy się, że dyplom wyższej uczelni, zwłaszcza mniej lub bardziej renomowanej, jest gwarantowaną stałą przepustką do atrakcyjnej kariery. Tak rzeczywiście było na stabilnie rosnących rynkach i w dobrze funkcjonujących biurokracjach lub gdy edukacja wyższa była przywilejem nielicznych w PRL-u, nawet swego rodzaju przywilejem socjalnym. Dzisiaj w warunkach uogólnionej niepewności, gdy rynki i wydarzenia polityczne stają się coraz bardziej burzliwie zmienne i nieprzewidywalne, nikt nie gwarantuje milionom absolwentów szkół wyższych "normalnego, stabilnego, spokojnego życia", o którym z tęsknotą pisze autorka listu. To już pieśń przeszłości zarówno w Polsce, jak i za granicą. W warunkach niepewności sukces jednostki zależy nie tylko od jej umiejętności, wiedzy, doświadczenia, lecz także w coraz większym stopniu od odporności psychicznej, przedsiębiorczości, inicjatywy i... szczęścia - lub jego braku.

To oczywiście bardzo ogólne stwierdzenia. Trzeba więc spojrzeć na nie z polskiej perspektywy. Niewątpliwie zasadniczą miarą sprawności rządzenia państwem i zarządzania organizacjami jest umiejętność korzystania w optymalny sposób z dostępnej puli talentów i umiejętności ludzkich. I tutaj trzeba przyznać, że nasze sita gubią wiele diamentów. Dlaczego? Wyjaśnienie jest niestety trywialne i żenujące. Dotyczy zarówno sfery emocji, jak i racjonalnych kalkulacji uczestników gry. Mówiąc o emocjach, trzeba pamiętać, że zagraniczny dyplom i umiejętności językowe młodej osoby są przedmiotem zawiści ze strony innych, nieco starszych i bardziej zaawansowanych w karierze, którzy nie mogą się pochwalić takimi atutami. Trudno więc oczekiwać od nich życzliwości, raczej można spodziewać się wrogości i niechęci. Są one zresztą racjonalnie uzasadnione. Nierozumne jest bowiem przyjmowanie do pracy kogoś, kto może szybko zająć nasze miejsce. Dotyczy to administracji, zwłaszcza państwowej, ale też prywatnych korporacji.

Sprawa jest o tyle trudna do zmiany, że wynika z nieświadomie w znacznej mierze przyjętych norm kulturowych i wzorców zachowania. Nie da się tego szybko zmienić za pomocą jakiegoś rozporządzenia czy nowej polityki. Zmiana będzie następowała jedynie w takim tempie, w jakim podnosić się będzie jakość kadr kształconych przede wszystkim przez polskie uczelnie.

Dlatego sądzę, że środki, które państwo miałoby ewentualnie przeznaczyć na studenckie stypendia na studia zagraniczne, należałoby raczej przeznaczyć na studia doktoranckie na najlepszych uczelniach świata dla młodych naukowców, bo oni podnieśliby jakość polskiego szkolnictwa wyższego. W systemie szkolnictwa wyższego łatwiej jest zabezpieczyć się przed gubieniem diamentów. Był to sposób rozumowania, który przyświecał włodarzom II Rzeczypospolitej. Dzięki niemu w pierwszych latach niepodległości ubożuchne państwo polskie stać było na 4-letnie stypendium doktorskie na paryskiej Sorbonie dla mego ojca, późniejszego profesora Leona Koźmińskiego. Takich przypadków było więcej i gdyby nie hekatomba II wojny światowej, polskie szkolnictwo wyższe byłoby w europejskiej czołówce.

Zdaję sobie sprawę, że moje rozumowanie jest bardzo ogólne i może nie pasować do indywidualnych frustracji i rozczarowań wielu wartościowych młodych ludzi i ich rodzin. Indywidualna satysfakcja z wielkiej i ryzykownej inwestycji, jaką są studia zagraniczne, zależy od oczekiwań i nadziei, jakie się z nimi wiąże. Z pewnością nie należy liczyć na dobrą posadę w kraju. Jeżeli jednak jedzie się po wiedzę i nowe doświadczenia, to można je wykorzystać samodzielnie przez własną przedsiębiorczość. I to jest droga, jaką zdaje się wybrała druga córka autorki listu, która po powrocie z zagranicznych studiów założyła firmę i sama zadbała o miejsce pracy w kraju.

@RY1@i02/2014/235/i02.2014.235.00000050c.802.jpg@RY2@

Andrzej K. Koźmiński prezydent Akademii Leona Koźmińskiego

Andrzej K. Koźmiński

prezydent Akademii Leona Koźmińskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.