Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Spawacz lepszy niż politolog? Bzdura

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Podsłuchałem rozmowę dwóch studentek. "Zatrudniłam się jako młodsza specjalistka ds. obsługi handlu" - mówi jedna. "A co robisz?" - dopytuje koleżanka. "Jestem sekretarką" - odpowiada pierwsza. Spora część młodego pokolenia wchodzącego na rynek pracy ma wrażenie, że jedyne posady, które mogą dostać, są grubo poniżej ich oczekiwań. Co ciekawe, podobną diagnozę usłyszałem niedawno z ust bystrego ekonomisty - demografa, który powiedział wprost: poziom wykształcenia polskiego społeczeństwa zaczyna być zbyt dobry w porównaniu do poziomu rozwoju naszego kraju. Bo polska gospodarka po 25 latach kapitalizmu usadowiła się w międzynarodowym łańcuchu powiązań w roli podwykonawcy dla państw najbardziej rozwiniętych. I jest jej tam dobrze. Nasze firmy mają z tego niezłe marże zysku i nie chce im się walczyć o więcej. Efekt dla rynku pracy jest jednak taki, że jest u nas więcej pracy dla robotników skręcających kuchenki niż dla pracowników z sektora badań i rozwoju.

No dobrze, tylko co właściwie z tym fantem zrobić? Jakiś czas temu premier Donald Tusk zasłynął bon motem, że "lepiej być spawaczem niż bezrobotnym politologiem". Pozornie to bon mot przewrotny i zdroworozsądkowy. Ale w sumie dość płytki i smutny. Bo płynęła z niego nauka, że taki kraj jak Polska powinien przestać bujać w obłokach i bardziej skupić się na kształceniu zawodowym niż na wyższym. To znaczy dostosować system edukacyjny do faktycznego miejsca, który w obecnym międzynarodowym podziale pracy zajmujemy. Pogodzić się i przestać aspirować.

Warto pokazać na tym tle, jak do sprawy podchodzą inni. Choćby Amerykanie. Oczywiście czytelnik może się żachnąć na to porównanie. Bo gdzie Polska, a gdzie USA. Ale akurat tak się składa, że i w Stanach trwa obecnie ważna debata na temat rzekomej nadprodukcji absolwentów szkół wyższych. Tam też szerzy się wśród młodych i wyedukowanych przekonanie, że nie czekają na nich na rynku pracy ciekawe perspektywy. Dość powiedzieć, że w porównaniu z 2000 r. pierwsza pensja absolwenta spadła o 7-8 proc. Problem polega na tym, że wśród osób bez wyższego wykształcenia jest jeszcze gorzej. W efekcie różnica w stawce godzinowej posiadacza dyplomu wyższej uczelni przewyższa zarobki robotnika o 98 proc. I rośnie. Bo na początku lat 80. było to tylko 64 proc. W efekcie kosztowna edukacja wyższa wciąż cieszy się olbrzymim popytem. Bo nawet jeśli coraz rzadziej bywa drogą do awansu społecznego, dla klasy średniej ciągle stanowi jedyną sensowną polisę ubezpieczeniową, za pomocą której chroni się dzieci przed utratą społecznego statusu i pauperyzacją. Oczywiście w Ameryce znajduje się na zupełnie innym kursie niż my. W USA dobrze płatne posady dla absolwentów były przez dziesięciolecia, stanowiąc o gospodarczym i politycznym sukcesie kraju. Ale potem i w nich zaczęły uderzać rykoszetem globalizacja i liberalizacja, a dobre miejsca pracy zaczęły znikać. U nas takie miejsca nigdy się na dobrą sprawę nie wykształciły. I nie wiadomo, czy się to kiedykolwiek wydarzy. Jedno nas jednak łączy. To rosnąca grupa młodych ludzi pracujących i zarabiających poniżej aspiracji i możliwości. A nierzadko spadających w otchłań prekariatu.

Czy to jest jednak dla Amerykanów dowód, żeby odwrócić się plecami do wyższej edukacji. Nie sądzę. Przynajmniej gdy czytam takie wystąpienia, jak choćby najnowszy artykuł Roberta Reicha, ekonomisty z Berkeley i byłego ministra pracy w administracji Billa Clintona (czego się Reich teraz trochę wstydzi). Wymowny jest już tytuł jego artykułu, który brzmi "Dlaczego dyplom jest konieczny, choć nic ci nie da". Reich porównuje tam rynek pracy do rzeki o rwącym nurcie. Tak czy inaczej młody człowiek do tej rzeki zostanie wepchnięty. I co się wtedy stanie? Jeżeli ma za sobą studia, to przynajmniej będzie machał rękami. To być może pozwoli mu płynąć (jeśli ma talent) albo przynajmniej utrzymać się na wodzie. Bez studiów pójście na dno będzie niestety dużo bardziej prawdopodobne.

I Reichowi nie chodzi bynajmniej o to, żeby nie kształcić spawaczy. Spawacz to zawód społecznie potrzebny. Ale gospodarka kapitalistyczna, w ramach której funkcjonujemy, daje spawaczowi dużo mniejsze szanse niż politologowi. Taka jest - stety czy niestety - według Reicha brutalna prawda. I dopóki to się nie zmieni, bezpieczniej jest jednak być politologiem. Nawet sfrustrowanym.

@RY1@i02/2014/231/i02.2014.231.000000400.101.gif@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.