Samorząd stłamszony
Wybraliśmy ludzi, którzy będą decydować o naszych sprawach. Zaufać im i dać dłuższe kadencje, by mogli spokojnie administrować? Czy też lokalni politycy powinni być poddani częstym wymianom, by nie przywykli do władzy?
Wybory samorządowe pokazały mechanizm, który występuje zapewne w wielu dziedzinach życia administracyjnego, choć go nie dostrzegamy: niefachowość i podejmowanie decyzji przez osoby do tego nieprzygotowane. Od systemu komputerowego po bardzo złą konstrukcję kart do głosowania - wszystko było zrobione marnie lub źle. Nie jest to tylko wina Państwowej Komisji Wyborczej, lecz stosowania zasady w Polsce i w wielu innych demokracjach obowiązującej.
Ministrami i innymi osobami decydującymi o praktycznych aspektach naszego życia zostają ludzie wyznaczeni przez polityków lub też szlachetni i uczciwi, lecz niekompetentni. A w czasach wiedzy specjalistycznej nadzór menedżerski nad dużymi operacjami powinien być sprawowany przez specjalistów. Politycy cele mogą wyznaczać, ale nie są w stanie ich zrealizować, bo nie mają kompetencji. Jednak do tego za nic na świecie nie są skłonni się przyznać.
Z wyborów samorządowych zrobiono zatem wielką operację, ale zarazem zlekceważono zasady samorządowe, które powinny stać u podstaw demokracji. Wiele błędnych decyzji dotyczących ustroju samorządów i sposobu wybierania ich organów podjęto w ostatnich latach. Pisali na ten temat specjaliści, pisali publicyści, ale niczego nie poprawiono, a nawet udało się sytuację pogorszyć dzięki decyzjom o wyborach w okręgach jednomandatowych (na radnych) w miejscowościach poniżej 20 tys. mieszkańców, a zatem w niemal wszystkich gminach wiejskich i małych miasteczkach. Zniknęło wobec tego wątłe poczucie, że wybieramy naszych wspólnych przedstawicieli, a został tylko przedstawiciel jednej trzeciej wsi - tak było w mojej sporej wsi, którą podzielono na trzy. Z kolei na skutek wybierania samorządowej władzy wykonawczej w wyborach powszechnych w danym okręgu wybór władzy ustawodawczej, czyli radnych, przestał mieć większe znaczenie, a często nie ma żadnego. Chyba że dla samych radnych, którzy dzięki zasiadaniu w kilku komisjach mają spore diety, a dostają posady z rozdzielnika samorządowego (na poziomie powiatów i województw oraz miast).
Idę oddać głos w trakcie tego największego święta demokracji i mam zupełnie nieświąteczne uczucia. Wybór radnego gminnego jest trudny, bo spośród dwu kandydatów słyszałem tylko o jednym, ten drugi - mówią moi sąsiedzi - to ten, co hoduje owce. Ale nadal nie wiem, o kogo chodzi, choć mieszkam tu 27 lat. Do powiatu staram się nie zagłosować na cynicznych wyjadaczy. Do województwa nie znam ani jednego nazwiska, więc wybieram partię, a z jej listy - ze względów estetycznych - osobę o najładniej brzmiących imieniu i nazwisku. Podobnie postępuje co najmniej 95 proc. obywateli. Owszem, w wielkich miastach jeszcze coś wiadomo na temat kandydatów na prezydenta, ale już nic na temat radnych. Wybory wyraźnie pokazują, jak władza ustawodawcza w samorządach została sponiewierana. Znajomy prezydent miasta wprost mówi, że jest mu z tym wygodniej działać, ale uważa to za skandal.
Jeżeli sięgnąć po argumenty poważne, to można stwierdzić po tych wyborach, że idea reprezentacji została na poziomie samorządowym sprowadzona do nonsensu. Czy to zachęca obywateli do głosowania? W moim przekonaniu frekwencja i tak była fenomenalnie duża, ale tylko z racji walki o władzę wykonawczą, bo w wielu miejscach kogoś chciano czy raczej kogoś nie chciano. Cała - teoretycznie znacznie ważniejsza część wyborów samorządowych - nie miała dla obywateli żadnego znaczenia.
Może jednak nie dla wszystkich. Bo przecież partie polityczne dodatkowo sponiewierały samorząd, gdyż głosy (przede wszystkim do sejmików wojewódzkich, ale nie tylko) uznały za dowód swojego sukcesu lub porażki. A zatem maniakalni zwolennicy poszczególnych partii poszli głosować na radnych partyjnych i na podstawie liczby tych głosów oceniać się będzie sytuację polityczną. Ciekawe, że mało kto bierze pod uwagę fakt, że upartyjnienie samorządu jest pozorne, bo zawierane potem koalicje mogą być najróżniejsze, a przedstawiciele poszczególnych partii politycznych są ich bardzo wątpliwymi przedstawicielami.
W Polsce wybierano niecałe 50 tys. samorządowców. PO ma najwyżej 40 tys. członków, PiS - 30 tys., więc nawet nie byłyby w stanie obsadzić swoimi ludźmi wszystkich punktów wyborczych. W związku z tym wiele osób chwilowo reprezentuje tę czy inną partię, ale nawet partia nie wie, jak będą się zachowywali, gdy zostaną wybrani. Niektórym mniejszym partiom po prostu udało się wytypować kandydatów na radnych tylko w części okręgów. Oto kolejny nonsens i kolejny przykład sponiewierania samorządów.
Po raz pierwszy od dawna w tych wyborach tylko niewielu znanych i niemal automatycznie wybieranych prezydentów wielkich miast wygrało w pierwszej turze. Większość pewnie wygra w drugiej, ale już nie jest tak łatwo. Przemawia to na korzyść idei popieranej przez niektórych spośród nich, a mianowicie tylko dwie kadencje sześcioletnie. Byłyby same zyski. Długi okres władzy pozwala spokojnie zrealizować projekty, a rozumni prezydenci przygotowaliby sobie następców (jak w tych wyborach prezydent Katowic).
Ponieważ doświadczenie takich prezydentów jest kolosalne, zarówno dzięki władzy w ramach miasta większej niż premier ma na poziomie kraju, jak i dzięki borykaniu się z konkretnymi problemami, a w mniejszym stopniu z życiem polityczno-partyjnym, po takich dwu kadencjach byliby świetnymi kandydatami na polityków na poziomie kraju. Tak zresztą wyglądają kariery polityczne w wielu demokratycznych krajach. Niemożliwe jest, by wprost z młodzieżówki partyjnej awansować do rządzenia partią polityczną czy krajem (jak Nowak czy Hofman).
Drugi argument za wydłużoną kadencyjnością samorządowej władzy wykonawczej polega na tym, że w demokracji - co widzimy w tych wyborach - następuje często zjawisko zmęczenia tymi samymi postaciami politycznymi. Tak bywa na poziomie kraju i na poziomie gminy. Ponadto demokracja z natury jest lub powinna być - jak to się dziś mówi - innowacyjna, a nie można być innowacyjnym przez dziesięciolecia. W Stanach Zjednoczonych stosunkowo niedawno wprowadzono kadencyjność prezydentów. Istniał taki obyczaj, ale złamał go Roosevelt, kandydując w czasie wojny po raz czwarty. Potem zmieniony obyczaj na poprawkę do konstytucji. W sumie zaś wszystko zależy od tego, czy politykę traktuje się jako zawód, czy raczej jako powołanie (Max Weber). Pewnie nie da się tego całkiem rozdzielić, ale zawód polityka nie istnieje lub istnieć nie powinien. Zawód administratora to zupełnie co innego.
Wybory samorządowe unaoczniły, że w Polsce rozróżnienie to nawet teoretycznie nie jest rozumiane i przestrzegane. W kampanii chwalono kogoś jako dobrego gospodarza, czyli administratora, i zarazem jako reprezentanta jednej z głównych partii politycznych. W dodatku nie da się przenieść absurdalnych sporów politycznych na poziom lokalny, chyba że w sferze symbolicznej, jak pomniki czy nazwy ulic. Najlepiej jednak to pomieszanie pojęć jest widoczne przy wyborze marszałka województwa. Słyszę już w moim regionie o kandydatach, ale nie wiadomo, kto będzie wybierany: przedstawiciel partii w terenie, szef wojewódzkiej władzy ustawodawczej czy marszałek sprawujący sporą władzę wykonawczą. Dlaczego - raz jeszcze powtórzę - miałoby to interesować wyborców?
Okropna wpadka z liczeniem głosów spowoduje niewątpliwie, że ożywi się jedna z podstawowych chorób współczesnej demokracji (nie tylko polskiej), czyli obojętność obywateli. Nie tyle brak zaufania, bo sądzę, że kwestia zaufania do władzy została nadmiernie rozpropagowana, ile obojętność. Wobec każdej władzy trzeba być sceptycznym. Wiedzieli to wszyscy twórcy demokracji już w końcu XVIII w. Jednak zaletą demokracji samorządowej powinno być to, że jesteśmy mniej sceptyczni, bo "władza jest bliżej ludzi" (to, nawiasem mówiąc, wyjątkowo niemądre określenie). Nic z tego.
Ale to niejedyna choroba demokracji współczesnej, którą zarażona została także demokracja samorządowa. Niektórzy bronią racji bytu powiatów ze względu na poważną tradycję tej instytucji w Polsce. Gdyby umocnić powiat kosztem województwa, byłoby to sensowne. Ale powiat teoretycznie jest jeszcze dla obywatela do ogarnięcia. Ma tam interesy, siedziba jest względnie niedaleko - wydawałoby się, że reprezentacja do powiatu powinna nas jeszcze interesować. A jest przeciwnie. Podobnie jak znamy nazwiska najwyżej jednej dziesiątej posłów i senatorów, podobnie, albo gorzej, jest w skali powiatu. Mówiąc wprost, instytucja reprezentacji funkcjonuje tylko formalnie, jej demokratyczny sens został zatracony i to jest coraz bardziej wyraźne w kolejnych wyborach samorządowych.
W demokracji na poziomie kraju mówi się wiele o oświeconych obywatelach, którzy dokonują wyboru między jasno przedstawionymi programami partyjnymi. Wiemy, że tak nie jest, że partie nie oferują programów, tylko symbole i emocje. Jednak to, co trudne lub niemożliwe na poziomie kraju, jest - jak można sądzić - wykonalne na poziomie lokalnego samorządu. I niestety znów jest przeciwnie. W nielicznych przypadkach mamy do czynienia z ofertami całościowymi, w innych proponuje się konkurencję na inwestycje, na zasadzie ja zbuduję most, a ja aquapark. Daje to obywatelom pozory wyboru, ale tylko pozory. W większości przypadków są to obietnice ogólnikowe, a konkurencja ma charakter personalno-partyjny, czyli oświecony wybór jest niewykonalny i głosować trzeba bez sensownych argumentów.
I wreszcie, by nie ciągnąć nadmiernie tej wyliczanki, a można by jeszcze długo, praktycznie nie istnieje obywatelski nadzór nad samorządem i znowu nic się w tej mierze po ostatnich wyborach nie zmieni na korzyść. Wszyscy kandydaci, którzy śmiało zapowiadają, że "będą z ludźmi", nie mówią ani słowa na temat tego, jak z nimi będą. Nie doszła do mnie żadna informacja o kandydacie, który zapowiadałby pomoc w organizacji niezależnych czasopism czy innych form internetowej debaty nad celami samorządu.
Konkludując: wybory samorządowe oraz tym bardziej kampania, jaką do nich prowadzono na wszystkich poziomach samorządu, ujawniły, że ta wspaniała instytucja, ten matecznik demokracji oraz fundament społeczeństwa obywatelskiego jest w Polsce często sprawny w wydawaniu unijnych pieniędzy, ale zupełnie nie tak zorganizowany formalnie i faktycznie oraz nie takim przesycony duchem, by sprzyjał odbudowywaniu demokratycznej wspólnoty. Przeciwnie, błędy demokracji ujawniają się na poziomie samorządu ze zdwojoną siłą. I w dodatku nie wiadomo, jak to poprawić, bo same korekty prawne - niezbędne - wspomnianego ducha nie tchną.
Idę oddać głos w trakcie tego święta demokracji i mam zupełnie nieświąteczne uczucia. Do powiatu staram się nie zagłosować na cynicznych wyjadaczy. Do województwa nie znam ani jednego nazwiska, więc wybieram partię, a z jej listy - ze względów estetycznych - osobę o najładniej brzmiących imieniu i nazwisku. Podobnie postępuje co najmniej 95 proc. obywateli
@RY1@i02/2014/226/i02.2014.226.000000900.802.jpg@RY2@
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu