Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Nie wyjeżdżamy dla pieniędzy

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Podobno demografia jest podszewką wszystkich sporów ekonomicznych. Bo możemy do upadłego kłócić się, czy lepszy jest Keynes, czy jednak Hayek, podczas gdy wyludniający się kraj nie ma szans liczyć na gospodarczą stabilność. O rozkwicie już nie wspominając. Od pewnego czasu akurat o demografii mówi się w Polsce dużo. Politykę prorodzinną odkrył już za swoich rządów PiS (becikowe), a PO ten temat podchwyciła i rozwinęła. Zwłaszcza w czasie drugiej kadencji Donalda Tuska. Obecny jest też temat migracji - która problemy demograficzne albo zaostrza (emigracja) albo spadek dzietności rekompensuje (imigracja).

Polska dyskusja o demografii była jednak od początku ślepa na jedno oko. To znaczy dominował argument, że ludzie z Polski wyjeżdżają, bo na Zachodzie mogą więcej zarobić. I kropka. Co do zasady zgoda. Ale procesy, z którymi mamy tutaj do czynienia, są trochę bardziej subtelne. Dobrze obrazują to najnowsze badania Romualda Jończego z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Jończy dowodzi, że czysta motywacja zarobkowa stojąca za masowymi wyjazdami Polaków do krajów bogatego Zachodu od dawna nie jest już dominująca. Bo zarobić to się jeździło na Zachód pod koniec PRL i pierwszych latach III RP. Wtedy różnice zarobków między Polską a Niemcami wynosiły 1 do 65. Oznaczało to, że w jeden dzień można było zarobić tyle co przez trzy miesiące w kraju. To była oczywiście patologia związana z kompletnym upadkiem złotego w tamtym okresie oraz chaosem polskiej transformacji.

Dziś te dysproporcje są dużo mniej rażące. Owszem, Polak wciąż zarabia mniej niż zachodni Europejczyk. I biorąc pod uwagę tempo wzrostu polskiego PKB oraz wzrost produktywności nadwiślańskiej gospodarki, ta różnica powinna być mniejsza niż obecne 1 do 3 albo 1 do 4. To już jednak nie 1 do 65.

Konsekwencje tego stanu rzeczy są bardzo ciekawe. Jończy zwraca uwagę, że - trochę niepostrzeżenie - zmieniły się motywacje stojące za decyzją o wyjeździe. Owszem, wyższe zarobki wciąż są kuszące. Zwłaszcza (kłania się prawo malejącej krańcowej użyteczności każdej dodatkowej złotówki) dla słabiej wykwalifikowanych pracowników. Coraz ważniejszym argumentem staje się natomiast bezpieczeństwo socjalne. Które na Zachodzie jest, a u nas go nie ma. Tutaj nie chodzi tylko o lepszą opiekę zdrowotną, dodatki na dzieci, ubezpieczenie na wypadek utraty pracy czy lepsze widoki na emeryturę. Idzie również o fundamentalną stabilność zatrudnienia czy silniejszą pozycję pracownika wobec pracodawcy (pod tymi względami Polska znów wypadła w dorocznych porównaniach OECD bardzo słabo). Ale ważne są też takie - w pierwszej chwili nieoczywiste - składniki państwa dobrobytu jak relacja ceny najmu (lub obsługi raty kredytu) mieszkania. W polskich warunkach pochłania ona 40 proc. budżetu domowego. W krajach takich jak Niemcy to 10-20 proc.

Z tez przedstawionych przez Jończego płyną bardzo ciekawe wnioski. Głównie taki, że Polska będzie cierpiała z powodu niekorzystnych tendencji migracyjnych dopóty dopóki nie przestanie postrzegać państwa dobrobytu jako luksusu, na który nas biedaków po prostu nie stać. Bo wtedy zawsze będziemy przegrywać z Niemcami, Wielką Brytanią czy Holandią, gdzie państwo dobrobytu istnieje. Realnie. Kto nie wierzy, niech popyta rodaków podczas następnej wizyty w Londynie, Berlinie czy Amsterdamie, dlaczego właściwie tam siedzą.

@RY1@i02/2014/226/i02.2014.226.000000200.101.gif@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.