Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Kodeks pracy to nie pole bitwy

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Przez chwilę myślałem, że ktoś zrobił dowcip - żywcem przepisał XIX-wieczne teksty rodem z "Kapitału" Karola Marksa i zamieścił na łamach DGP (207/14, "Kodeks pracy jako pole bitwy") jako intelektualną prowokację. Czegóż w tej publikacji nie ma! Możemy przeczytać i o "ostatnich bastionach chroniących pracowników przed bezlitosnym wyzyskiem", i o "stanie skrajnego wyzysku i niesprawiedliwości", nawet o "stanie półniewolnictwa". A wszystko to dowodzić ma nieludzkiego traktowania pracowników przez pracodawców.

Im bardziej zagłębiałem się w lekturę tekstu prof. Andrzeja Szahaja, tym bardziej stawało się dla mnie jasne to, że nie o zabawę intelektualną autorowi chodzi. On tak naprawdę uważa. I co gorsza, pragnie przekonać czytelników do tego, że ma rację. Autor nie ograniczył się tylko do wywodów filozoficznych, ale z równą niefrasobliwością porusza kwestie ekonomiczne. A przecież jesteśmy mądrzejsi o kilkadziesiąt lat przymusowego eksperymentu na żywym organizmie społecznym i gospodarczym. To zaleta, jeżeli patrzymy na problem analitycznie - ekonomia nie stosuje bowiem eksperymentu jako metody badawczej, a historia nam takowy przymusowo zafundowała. Wiemy już, że nie ma darmowych obiadów, a sytuacja, w której to pracownicy jednostronnie dyktują warunki, stanowi ekonomiczną ślepą uliczkę. Wiemy też, że nic tak nie poprawiło losu XIX-wiecznych angielskich górników i robotników, jak wprowadzanie coraz to nowszych technologii produkcji - tymczasem w ocenie autora artykułu los ten poprawił się w toku "lat zwycięskich walk o prawa pracownicze". Profesor Szahaj zdaje się tego wszystkiego nie dostrzegać - rynkowość gospodarki rozumie tylko jako obowiązek coraz wyższej płacy, przy zachowaniu gwarancji z poprzedniego ustroju, ewentualnie uzupełnianych o coraz to nowe "zdobycze".

Profesor nazywa kodeks pracy "polem bitwy". Dla mnie - praktyka, który na co dzień uczestniczy w dialogu społecznym i stara się wpływać na tworzone prawo - jest on raczej płaszczyzną budowania kompromisu. I traktowanie go dziś - w warunkach globalnej, konkurencyjnej gospodarki - w XIX-wiecznych kategoriach walki między kapitałem a pracą jest dużym nieporozumieniem. Zresztą tęsknota za realnym socjalizmem, mimo ciągłego odwoływania się do "dorobku cywilizacji zachodniej", jest w tekście pana profesora aż nadto widoczna.

Wojny światów nie ma

Jeśli my, pracodawcy, spieramy się ze związkami zawodowymi, to - zapewniam - nie jest to "walka na śmierć i życie". Być może naiwnie, ale jestem przekonany o tym, że przyświeca nam wspólny cel: stworzenie rozwiązań, które przyczynią się do powstawania miejsc pracy lub zapobiegną redukcji zatrudnienia. Chcemy także ograniczać pojawiające się na rynku pracy nadużycia, likwidować szarą strefę i eliminować nieuczciwe podmioty. Nie udajemy, że patologii nie ma. Partykularyzm związkowy - widoczny szczególnie w spółkach Skarbu Państwa, w których związkowcy potrafią walczyć o kilkusettysięczne odprawy dla swoich członków - nie ma nic wspólnego ze społeczną odpowiedzialnością i z ideałem gospodarki rynkowej; nawet w takiej wizji, jaką prezentuje Andrzej Szahaj.

To oczywiste, że nierzadko rozbieżne interesy pracodawców i pracowników znajdują swe odzwierciedlenie w podejściu do niektórych zapisów kodeksu pracy. Ewentualne zmiany muszą wywoływać emocje, bo dotyczą milionów Polaków - zarówno tych dających pracę, jak i będących pracobiorcami. Jednak demonizowanie pracodawców i przypisywanie im samych złych intencji - jak to czyni profesor - nijak ma się do rzeczywistości. Rzekoma "ofensywa pracodawców" jest konsekwencją błędów popełnionych przez związki zawodowe. Ich wyjście z komisji trójstronnej w czerwcu 2013 r. było nie tylko wyrazem lekceważenia prawa, lecz także świadomym pozbawieniem pracowników reprezentacji. W tej sytuacji my nie możemy stać z założonymi rękoma; zamiast - wzorem związkowców - kontestować rzeczywistość, staramy się działać. Musimy w pewnym sensie przejąć ich rolę i proponować rozwiązania, które w naszej ocenie poprawią sytuację na rynku pracy. Jesteśmy gotowi rozmawiać i uzgadniać szczegóły zmian aż do skutku. Zmierzamy w jasno określonym kierunku - chcemy stworzyć prawo, które będzie sprzyjało powstawaniu miejsc pracy w Polsce i położy tamę coraz bardziej niepokojącemu zjawisku emigracji naszych obywateli.

Szukając kompromisów

W batalii o takie prawo pracy nie powinno być ani wygranych, ani przegranych - staramy się znaleźć tu równowagę. Tak było z nowelizacją z 2013 r. dotyczącą elastycznego czasu pracy. Oprócz wydłużonych okresów rozliczeniowych wprowadzono także ruchomy czas pracy, który umożliwia pracownikom łączenie obowiązków zawodowych z innymi - np. dokształcaniem się czy opieką nad dzieckiem. Równolegle podjęto prace nad zmianami w zakresie umów na czas określony. Pracodawcy zgodzili się z głoszoną przez związki potrzebą stabilizacji zatrudnienia na podstawie umów terminowych. W ubiegłym tygodniu resort pracy przygotował projekt odpowiedniej nowelizacji, który przewiduje wprowadzenie limitu trwania zatrudnienia na podstawie umów na czas określony. Pracodawcy akceptują takie rozwiązanie, bo zdają sobie sprawę z konieczności ograniczenia skali zatrudnienia terminowego. Ten problem jest - i musimy się z nim zmierzyć.

Chcemy poszukiwać rozwiązań, które z jednej strony ułatwią funkcjonowanie pracodawcom, a z drugiej przyniosą korzyści pracownikom. Taki był też zamysł propozycji zakładającej dopuszczenie rekompensaty finansowej dla pracownika w zamian za pracę świadczoną w sobotę (obecnie przysługuje wyłącznie dzień wolny). Niestety w debacie publicznej projekt ten został przedstawiony jako przymus pracy w soboty. To oczywiste nieporozumienie, gdyż cel nowelizacji był inny. W mediach namalowano fałszywy obraz proponowanego rozwiązania, by następnie - wychodząc od fałszywych przesłanek - pryncypialnie zwalczać projekt. Merytoryczne i racjonalne argumenty - nie po raz pierwszy zresztą - nie miały szansy przebicia się do świadomości obywateli.

Polska rzeczywistość AD 2014 przynosi aż nadto dowodów przeczących tezie, że kodeks pracy stał się - jak sugeruje pan profesor - obszarem dominacji pracodawców. Gdyby tak było, już dawno zbuntowaliby się oni przeciwko przerzucaniu na nich przez państwo - za pośrednictwem kodeksu pracy - kosztów realizacji polityki prorodzinnej. I dotyczy to nie tylko wprowadzonych w ubiegłym roku de facto rocznych urlopów rodzicielskich. Pracodawcy się na to jednak godzą, gdyż zdają sobie sprawę z wagi problemów demograficznych kraju. Jest to także wyraz solidarności społecznej. Gdyby to rzeczywiście pracodawcy nadawali ton przepisom kodeksu pracy, nie byłoby w nim też tak wielu obowiązków o charakterze czysto administracyjnym, a już na pewno czwarta ustawa deregulacyjna nie ograniczałaby się do jednej zmiany w kodeksie pracy, dotyczącej badań wstępnych.

Nowa odsłona XVI-wiecznej utopii

Podjęta przez Szahaja krucjata przeciw pracodawcom i przeciw racjonalnym zmianom, jakich wymaga polskie prawo pracy, jest chybiona z jeszcze innego powodu. Sam przyznaje, że "stopień żywiołowego poparcia dla tej ["neoliberalnej" - A.M.] ideologii obecny w wypowiedziach pracodawców, ale również w setkach komentarzy na forach internetowych jest zaiste zadziwiający". Nawet jeśli trudno panu profesorowi zaakceptować to, że ktoś może się nie zgadzać z jego wizją świata, nie zmieni to faktu, że złoty okres idei, które próbuje wskrzesić, dawno minął i nie znajduje ona zbyt wielu zwolenników. Może oczywiście, opisując współczesny świat w kategoriach pojęciowych sprzed 151 lat, kiedy to wydano pierwszy tom "Kapitału", domagać się, by cała ludzkość myślała tak jak on. Ale historykowi myśli społecznej taka postawa po prostu nie przystoi.

Wiara profesora Szahaja w to, że biorąc to, co najlepsze z socjalizmu oraz kapitalizmu i łącząc to do kupy, sprowadzi się powszechną szczęśliwość na "lud pracujący miast i wsi", a zwłaszcza na "jego awangardę, wielkoprzemysłową klasę robotniczą" - jest kolejną wersją "Utopii", dzieła napisanego w XVI w. Żyjemy jednak w innej rzeczywistości niż ta, którą opisywał Tomasz Morus. Rynek pracy zmaga się z zupełnie innymi problemami niż te, które chciałby widzieć pan profesor. Niedostosowanie systemu edukacji do potrzeb rynku pracy i wynikające z tego braki specjalistów oraz bezrobocie wśród młodych, niższa niż w innych krajach wydajność pracy - to realne problemy, które autor zupełnie pomija i których rozwiązanie wymaga znacznie większej inwencji niż odświeżanie starych, marksistowskich idei.

Jeśli my, pracodawcy, spieramy się ze związkami zawodowymi, to - zapewniam - nie jest to walka na śmierć i życie. Być może naiwnie, ale jestem przekonany o tym, że przyświeca nam wspólny cel: stworzenie rozwiązań, które przyczynią się do powstawania miejsc pracy lub zapobiegną redukcji zatrudnienia

@RY1@i02/2014/221/i02.2014.221.000002600.802.jpg@RY2@

Andrzej Malinowski prezydent Pracodawców RP

Andrzej Malinowski

prezydent Pracodawców RP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.