Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Bez Standinga byłoby inaczej

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

"Prekariat" to bez wątpienia jedna z najważniejszych książek ekonomicznych ostatnich lat. Pojawia się po polsku trochę spóźniona, ale dzięki temu - paradoksalnie - trafia na dobrze przygotowany grunt. Kiedy dwa czy trzy lata temu pisałem pierwsze teksty o prekariacie, czułem się jeszcze w obowiązku na wstępie wyjaśniać czytelnikowi, co właściwie to pojęcie znaczy. Ostatnio łapię się na tym, że już go nie definiuję, bo prekariat wszedł do słownika debaty publicznej. Również u nas. I że już tam zostanie.

W ciągu ostatnich kilku lat nastąpiło w Polsce ciekawe zjawisko. Dostrzegliśmy (a przynajmniej ci, co chcieli), że z rynkiem pracy jest coś nie tak. I nie chodziło tylko o relatywnie wysoki poziom bezrobocia czy niskie (w porównaniu z resztą krajów OECD) płace, lecz o permanentny stan niepewności i tymczasowości po stronie pracobiorców. Przez lata wydawało się nam, że to przypadłość krajów na dorobku i że w miarę nadrabiania dystansu cywilizacyjnego wobec Zachodu dobra praca pojawi się również u nas. W ostatnich latach wiele złudzeń jednak się rozwiało. I zaczęliśmy wreszcie rozmawiać o problemach takich, jak nadmiernie elastyczny rynek pracy i wymontowanie z systemu gospodarczego stabilizatorów wzmacniających położenie pracownika (choćby związki zawodowe) i prowadzących gospodarkę w kierunku równowagi.

Mam jednak wrażenie, że to nasze przebudzenie nie byłoby możliwe bez książki Guya Standinga. Bo w debacie publicznej jest tak, że aby o jakimś problemie rozmawiać, trzeba najpierw umieć go nazwać. Dlatego dopóki patologiczne stosunki pracy w Polsce były tylko pokłosiem transformacji, dopóty były one uważane za naturalne i nieuchronne. Gdy jednak - w wyniku kryzysu - o patologii rynku pracy zaczął dyskutować bogaty Zachód, nareszcie pojawił się język potrzebny do stworzenia nowej opowieści o naszych niedolach. A Standing to był właśnie jeden z tych autorów, którzy ten nowy język tworzyli.

Jak to zwykle bywa w przypadku ważnych przełomowych książek, Standing dokonał rzeczy z pozoru banalnej. Zebrał w niej to, co z dzisiejszej perspektywy (choć minęło ledwie kilka lat) wydaje się już jakby oczywiste. Zapytał: co łączy utrzymującego się z dorywczych prac hipstera ze smartfonem, migranta zmuszonego do użycia całego swojego sprytu, by przetrwać, samotnego 60-letniego mężczyznę imającego się rozmaitych zajęć, by zdobyć pieniądze na leczenie, i samotnej matki, której (choć pracuje) nie bardzo starcza od pierwszego do pierwszego? A może nawet pracującego na kontrakcie menedżerskim i siedzącego po uszy w kredycie hipotecznym japiszona? Zdaniem Standinga łączy ich wszystko. Bo prawdopodobnie należą do nowej klasy społecznej - przegranych współczesnego kapitalizmu. Są proletariuszami naszych czasów. Tylko że mają dużo gorzej niż XIX-wieczna klasa robotnicza. Bo robotnicy z fabryk mieli świadomość, że są jedną klasą. I że jako klasa mogą się bronić. Natomiast współcześni prekariusze (proletariusze XXI wieku) takiej świadomości nie mają. Sądzą, że stan pracy niepewnej, nietrwałej i najczęściej słabo płatnej jest naturalny. I nic się nie da zrobić. Bo takie mamy czasy.

To dlatego wydana w 2011 r. książka Standinga była tak ważna i odbiła się tak szerokim echem. Bo ona pozwalała połączyć w jedną całość wiele pozornie niezwiązanych ze sobą kropek, z których ułożył się czytelny obrazek. Że pogłoski o śmierci konfliktów klasowych we współczesnym kapitalizmie były mocno przesadzone. Oczywiście standingowski "Prekariat" to tylko początek kluczowej debaty. W naszych warunkach ta debata już trwa. Ale skoro jest okazja, to na pewno warto zapoznać się z jednym z jej tekstów źródłowych.

@RY1@i02/2014/221/i02.2014.221.000002700.802.jpg@RY2@

Guy Standing, "Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa", PWN, Warszawa 2014

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.