In lody veritas
Lody! Waniliowe, pistacjowe, truskawkowe. Te gęste oraz sorbety. Z owocami, czekoladą, rodzynkami, kawałkami orzechów, zalane adwokatem, doprawione kardamonem, ze sterczącą z pucharka profitrolką. Lody - w związku z globalnym ociepleniem prawdopodobnie najbardziej obiecujący biznes świata. Lody - okno pamięci sensorycznej, przez które dzierżący wafelek przygnębiony dorosły spogląda w przeszłość, na swoje dzieciństwo, i na nowo czuje wszechogarniającą radość ze słodkiej, mroźnej przygody. Nadzieja na ulgę w lecie, przypomnienie letniej beztroski w zimie. Lody.
Myślę o lodach, bo męczy mnie, kim jestem. Preferencje konsumenckie definiują nas dziś bardziej dobitnie niż gusta literackie, temperament czy nawyki moralne. Ba, preferencje konsumenckie dopiero tłumaczą tak temperament, jak i moralność na współczesny język. Max Scheler, używając pojęcia św. Augustyna, pisał o właściwej każdemu ordo amoris, logice serca, czyli głębokiej strukturze aprobaty i awersji: pokaż mi, ku czemu ciążysz i co cię odrzuca, a powiem ci, kim jesteś. Dziś esencję preferencyjną człowieka najłatwiej zrozumieć przez historię operacji bankowych: kupujesz w Humanie, Zarze czy Max Marze? Bar mleczny, Wierzynek czy KFC? Sprawozdanie konsumenckie krystalizuje stereotyp (żyjący ponad stan hipster, rozsądny do bólu członek klasy niższej średniej, zwierzę korporacyjne), a ten z kolei pozwala nam wreszcie zrozumieć, kim jest ten czy ów. Ja chciałabym być estetycznie subtelnym średnioklasowcem o profilu przygodowo-intelektualnym. Ale nie mogę. Przeszkadzają mi lody.
Lody to branża mocno zmitologizowana, prawie tak jak wino. W winie mamy tradycję, lepsze stoki, fajniejsze beczki i cenę. W lodach jak wyżej: tradycja, lepsze składniki, fajniejsze przepisy i cena. Zabrano mnie kiedyś we włoskim mieście Perugia na lody pod tytułem Grom. Perugia to ojczyzna ruchu Slow Food, który niesie nowinę jedzenia z namaszczeniem, lokalnie i bez konserwantów. Takież są i perugiańskie lody Grom, do których krasnoludki własnoręcznie przebierają górskie truskawki, wysysają gorycz z pistacji i masują krowy, które mleko na boskie lody oferują z dobrotliwym "muu". Lody są jak wino; zresztą gdy szef lodów Grom zdecydował się podbić Manhattan, nie zniżył się do robienia kampanii - zamiast tego wysłał do lokalnych gazet próbki lodów zabaglione zrobione z wina za 1600 dol. Lody Grom, mówią ludzie, to najlepsze lody na świecie. Zjadłam ci ja te lody, pistacjowe zresztą, faktycznie smakowały bardziej jak pistacje niż normalne pistacjowe, ale to mnie tylko zdenerwowało, bo po co? Myślę sobie, że lepsze byłyby lody z maszyny i osobno garść orzeszków. I bam, wypadam z kategorii osobowościowo-społecznej, do której aspiruję.
Świat jest pełen najlepszych lodów na świecie, a ja, jak na złość, nie cierpię ich wszystkich po równo. W Berlinie na przykład zabrano mnie na najlepsze lody na świecie - na Prenzlauer Bergu. Były OK, tylko musiałam pluć jakimiś organicznymi wiórami. W Ameryce, z chętniej definiującej jakość przez mainstream niż kochająca włoskie gelato Europa, za najlepsze lody uważa się Ben & Jerry’s (7 mln lajków na Facebooku, 100 tys. śledzących na Twisterze; dla porównania Häagen-Dazs, odpowiednio, 900 tys. lajków i 17 tys. ćwierkaczy). Najwięcej fanów ma smak Cherry Garcia - dziwaczna mamałyga krówkowo-maziowo-owocowa. Jak się ściera ladę kuchenną, to garść śmieci pod tytułem kawałki owoców, okruchy czekolady i inne ciekawostki wrzuca się do śmieci, a nie do lodów - tak, do was mówię, fani Cherry Garcia. Podobnie panie Grycan, po co pan zaśmieca te zupełnie niezłe lody całymi owocami? Czemu, drodzy Szwajcarzy, czekoladowe lody Mövenpick smakują bardziej czekoladowo niż czekolada, ble? Bo lody śmietankowe, proszę państwa, mają być białe i słodkie, lody czekoladowe mają być dokładnie takie jak śmietankowe, tylko z dodatkiem Nesquika w proszku, a na to można sobie osobno położyć truskawkę, jak ktoś bardzo, ale to bardzo (bardzo!) chce. A skoro już o tym mowa, to najlepsze wino nazywa się Liebfraumilch, kosztuje niecałe dwie dychy i jest białe oraz słodkie.
Lody więc, jak i wino, zawodzą mnie, jeśli chodzi o samokreację (a raczej zawodzi mnie nieugięcie prostackie podniebienie). Nieciekawy mam konsumencki ordo amoris, wzorzec cnót preferencyjnych wyczytany z raportów bankowych. Ale o ile wino jest osobowościowo aspiracyjne (i jako takie ciągnie nas w przyszłość), o tyle sensem lodów jest regresja. Jemy je, by poczuć na nowo tę specyficzną, prostą radość, która ogarnia dziecko, kiedy lody przyzna mu wyższa instancja rodzicielska. Do mnie tę radość mogą przywołać tylko i wyłącznie lody z automatu. Lody z budki przy dworcu, lody z lodziarni "Sopelek" w Karpaczu. Samokreacja przez konsumpcję jest, z tego wynika, chyba trudniejsza dla dzieci PRL-u. Ale może łatwiej się nam trzymać własnych wspomnień - bo są proste jak wajcha w maszynie do lodów.
@RY1@i02/2014/217/i02.2014.217.00000210a.802.jpg@RY2@
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu