Komu Nobla z ekonomii
obserwacje
W poniedziałek rozdanie ekonomicznych Nobli. Nie wiem, kto je dostanie. Nie ośmielam się nawet zgadywać. Zbyt wiele było już w historii tej nagrody niespodzianek.
Pierwszym zaskoczeniem jest sama nagroda. Niektórzy potomkowie zmarłego w 1896 r. Alfreda Nobla do dziś twierdzą, że gdyby ich praszczur się dowiedział o sygnowanej jego imieniem nagrodzie dla ekonomisty, mocno by się zdziwił. Ekonomii na noblowskim rozdzielniku nie było przez pierwszych 70 lat istnienia tego wyróżnienia. Dodano ją dopiero w 1969 r., gdy Narodowy Bank Szwecji obchodził swoje 300. urodziny. Odłożono więc okrągłą sumkę i tak powstała nagroda. Ostatnio nazywana oficjalnie Nagrodą Szwedzkiego Riksbanku za nauki ekonomiczne ku czci Alfreda Nobla. W skrócie nazywa się ją więc ekonomicznym Noblem.
Zwłaszcza że instytucja się przyjęła. I jest bez dwóch zdań najbardziej znanym wyróżnieniem dla adeptów najlepiej opłacanej z nauk społecznych. Takim odpowiednikiem zwycięstwa w piłkarskich mistrzostwach świata albo złotego medalu olimpijskiego w biegu na 100 metrów. Nic więc dziwnego, że lista 74 (jak dotąd) nagrodzonych dość dobrze pokrywa się z ekonomicznym panteonem ostatniego półwiecza. Nobla mają więc liberalni guru: Friedrich von Hayek (za teorię pieniądza), Milton Friedman (za historię polityki pieniężnej i pokazanie, że stabilizacja monetarna to jednak dość skomplikowana sprawa) oraz Simon Kuznets (ojciec metody obliczania PKB i jeden z ojców teorii skapywania). Ale na liście nagrodzonych są również szwedzcy keynesiści Bertil Ohlin i Gunnar Myrdal, których można uznać za architektów skandynawskiego modelu państwa dobrobytu. A także prekursorzy nowego instytucjonalizmu: Gary Becker, Ronald Coase czy Douglass North, w dużej mierze odpowiedzialni za to, że ekonomia jest dziś tym, czym jest. To znaczy nauką, która skolonizowała niemal wszystkie dziedziny życia (od prawa po medycynę). Na liście laureatów Nagrody Nobla mamy wielu szalonych matematyków (John Nash, Leonid Hurwicz, Robert Aumann), którzy twierdzą, że wszystko na świecie można opisać jako "wielką grę", a potem próbować tą grą zarządzać. Są na niej też indywidua tak osobne, jak idący wiecznie pod prąd Edmund Phelps, który chwali wolny rynek, gdy wszyscy wokół są keynesistami, a potem (gdy dominuje podejście neoliberalne) dochodzi do wniosku, że rynek jest niedoskonały i trzeba go wziąć za twarz. Jest ojciec ekonomii behawioralnej Daniel Kahneman (który kokietuje, że jest psychologiem i nigdy w życiu nie przeczytał żadnej książki ekonomicznej). A czasem - jak w ubiegłym roku - Nobla dostaje trzech facetów. Jeden (Eugene Fama) za pokazanie, że rynki działają w sposób optymalny. Drugi (Robert Shiller) za to, że rynki nie działają w sposób optymalny. A trzeci (Lars P. Hansen) za odkrycie, że może być i tak, i tak.
Oczywiście jest to panteon niepełny. Keynes czy Schumpeter zmarli na długo przed ustanowieniem nagrody. W pewnym sensie dotyczy to również Michała Kaleckiego. Polski prekursor ekonomii popytowej umarł w kwietniu 1970 r. A nie jest tajemnicą, że był w ścisłym gronie kandydatów. Ale Nobel ma też w swojej historii wielu żyjących i pomijanych. Największa to chyba Joan Robinson. Przyboczna Keynesa z Cambridge, która po jego śmierci stała się czołową figurą brytyjskich keynesistów. Ale jej rola nie ograniczała się do zarządzania pamięcią po mistrzu. Robinson opracowała swój własny model wzrostu. Rozwinęła teorię konkurencji i napisała fundamentalną książkę "Akumulacja kapitału". Przesunęła też Keynesa mocno na lewo. Bo twierdziła, że państwo musi odgrywać większą rolę w gospodarce nie tylko po to, żeby łagodzić kryzysy. Powinno być aktywne przez cały czas, by realizować progresywne cele społeczne. Dlaczego więc Nobla nie dostała? Bo była kobietą - twierdzą jedni i pokazują, że jak dotąd kobietę nagrodzono tylko raz (Elinor Ostrom w 2009 r.). Inne wyjaśnienie wskazuje na niepoprawne poglądy polityczne Robinson, która w latach 50. zachwycała się reformami realizowanymi w Chinach przez Mao. Gdyby jednak takie deklaracje miały zamykać drogę do otrzymania nagrody, to z pustymi rękami powinien zostać też Hayek, otwarcie chwalący chilijskiego dyktatora Augusta Pinocheta. Wśród wielkich pominiętych są też Amerykanie John Kenneth Galbraith oraz Arthur Okun.
Dla śledzących debaty ekonomiczne noblowe decyzje są zaskakujące jeszcze z jednego powodu. Zazwyczaj są one nagrodą za pracę, która była przełomowa... jakieś 30 lat temu. A to oznacza, że wyróżnienie jest raczej uhonorowaniem dorobku niż nagrodą za wywołanie debaty. To dlatego Andrei Shleifer, Daron Acemoglu czy Emmanuel Saez albo Thomas Piketty może i Nobla dostaną. Ale w latach 30. lub 40. XXI wieku.
@RY1@i02/2014/197/i02.2014.197.00000020a.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu