Euro najwcześniej w kolejnej dekadzie
Opinia
Polacy dzielą się na tych, którzy integrację z Unią Europejską traktują jak projekt cywilizacyjny, pozwalający na historyczne przesunięcie naszej pozycji ze wschodu na zachód, oraz tych, którzy na integrację patrzą mniej lub bardziej podejrzliwie, traktując ją jako kolejne zagrożenie dla naszej niezależności. Ja zawsze należałem i należę do pierwszej grupy. Ale uważam, że debatę o euro powinno się chronić przed wpędzeniem na tory starych podziałów. Decyzja o zmianie waluty powinna być podejmowana wyjątkowo ostrożnie i zapaść nie wcześniej niż w kolejnej dekadzie.
Na jednoznaczne deklaracje dotyczące euro naciska wielu polityków oraz część mediów. Zwykle powtarza się argument, że jest to dla nas przede wszystkim projekt cywilizacyjny. I ja te argumenty rozumiem. Czesław Miłosz pisał kiedyś: "Zakochani w Zachodzie, wpatrzeni we Francję, Polacy łudzili siebie. Struktura społeczna zbliża Polskę do Rosji". Nie mamy dużych doświadczeń z budowaniem liberalnej demokracji, wolnego rynku, kapitalizmu, społeczeństwa obywatelskiego. Przylgnięcie do Zachodu jest sposobem na trochę wymuszone nadrobienie tych zaległości, a przyjęcie euro ma być kolejnym etapem tej zmiany. Jest mi blisko do ludzi wyrażających takie opinie.
Nie można jednak zamykać oczu na fakt, że ostatni kryzys w strefie euro znacząco zmienił bilans kosztów i korzyści zmiany waluty. Funkcjonowanie w strefie jest bardziej ryzykowne, niż mogło się wydawać.
Przede wszystkim znacznie większe od oczekiwań są koszty silnych kryzysów. Kraj, który doświadcza silnego kryzysu wymuszającego na nim zwiększenie swojej konkurencyjności cenowej, musi dewaluować swoją walutę - czyli obniżać ceny krajowe w stosunku do cen zagranicznych. Jeżeli nie posiada się własnej waluty, trzeba to uczynić przez obniżenie płac i cen. To prowadzi do zwiększenia realnego zadłużenia, ponieważ płace i ceny spadają, a nominalna wartość długu nie. To było wiadome, dlatego za tak istotny warunek przyjęcia euro uznaje się ograniczenie długu publicznego. Jednak większość obserwatorów nie zdawała sobie sprawy z tego, że w niektórych przypadkach ucieczka kapitału z zagrożonego kraju może drastycznie utrudnić koszty dostosowania. Rosną stopy procentowe (jak kapitał wyprzedaje obligacje, to rośnie ich rentowność), to podnosi koszty obsługi długu i zmusza rząd do głębszego zaciskania pasa, co z kolei ogranicza popyt i dodatkowo zwiększa nieufność do tego kraju. Jak zauważył znany belgijski ekonomista Paul de Grauwe, kraj może wpaść w zły stan równowagi, w którym nieufność rynków finansowych i kłopoty budżetu nawzajem się wzmacniają. Kraj, który posiada własną walutę i w niej się zadłuża, nie doświadcza takich problemów, ponieważ może obniżać swoje ceny relatywne bez deflacji.
Na taką argumentację radykalni zwolennicy euro zazwyczaj podnoszą dwa kontrargumenty. Ja odnoszę się do nich sceptycznie.
Po pierwsze, powiada się, że peryferie Europy wpadły w kryzys z własnej winy i powtórki ich błędów można uniknąć poprzez odpowiedni nadzór nad rynkiem finansowym. Moim zdaniem to nie do końca prawda - ani to, że peryferie są same sobie winne, ani to, że powtórzenia ich błędów można łatwo uniknąć. Żeby stwierdzić, że peryferie są same sobie winne, należałoby udowodnić, że przed kryzysem posiadały wystarczającą wiedzę o dużym ryzyku działań przez nie podejmowanych. Tymczasem jeszcze w 2008 r. raport Komisji Europejskiej stwierdzał, że wyniki gospodarcze Hiszpanii, Grecji i Irlandii okazały się sukcesem, a kraje te skorzystały na napływie zagranicznego kapitału. Konia z rzędem temu, kto wtedy głośno ostrzegał, że bańka na rynku nieruchomości może zdewastować te gospodarki. Pomińmy Grecję, która oszukiwała na statystykach. Oskarżanie Hiszpanii i Irlandii o drastyczne błędy to przejaw myślenia ahistorycznego. Historia dobitnie pokazuje, że kryzysy finansowe po prostu uderzają co jakiś czas i nie ma dobrych narzędzi, by im całkowicie zapobiec.
Po drugie, powiada się, że po uderzeniu kryzysu kraje peryferyjne doświadczyły gwałtownego odpływu kapitału, bo zbyt wolno cięły wydatki publiczne i zbyt mozolnie przeprowadzały reformy. Łotwa doświadczyła dużo większego kryzysu niż peryferie strefy euro, a dzięki drastycznym cięciom wydatków szybciej wyszła z recesji. Jednak nawet jeżeli teoretycznie kraj strefy euro dotknięty kryzysem może dokonać drastycznych ruchów, to w praktyce może być to trudne ze względów społecznych i politycznych - a wtedy zarówno stabilność tego kraju, jak i jego sąsiadów zależy od zdolności politycznych jakiegoś rządu. Nie jest to bezpieczny system, w którym zdajemy się jedynie na determinację kilku polityków.
Strefa euro może dać Polsce wiele korzyści - usunięcie ryzyka walutowego, mniejsza premia za ryzyko i przede wszystkim instytucjonalne przywiązanie do Zachodu. To jak przejście z fiata do mercedesa. Jest tylko jeden problem. Ten mercedes zamiast poduszki bezpieczeństwa ma nóż wystający z kierownicy w kierunku kierowcy. Jeśli coś pójdzie nie tak...
Nie śmiem sugerować, że moje argumenty są wyczerpujące. Dwie konkluzje z ostatniego kryzysu wydają mi się jednak bezdyskusyjne. Po pierwsze, potrzebujemy nowego raportu o kosztach i korzyściach przyjęcia euro. Po drugie, raport ten powinien dobrze uwzględnić doświadczenia krajów peryferyjnych strefy euro. Żeby ocenić efekty tak dużego kryzysu, potrzeba co najmniej dekady, z wnioskami możemy być zatem gotowi około roku 2020. Później możemy podejmować decyzję.
Żeby ocenić skutki tak dużego kryzysu, potrzeba co najmniej dekady, z wnioskami możemy być zatem gotowi około roku 2020
@RY1@i02/2014/193/i02.2014.193.00000050b.804.jpg@RY2@
Ignacy Morawski główny ekonomista Biz Banku
Ignacy Morawski
główny ekonomista Biz Banku
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu