Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Demokracja jako norma i wyjątek

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 26 minut

Demokracja jest - w naszym, zachodnim przekonaniu - najlepszym możliwym ustrojem. Krytykowana, poprawiana i reformowana jest dla nas cenna i jej wartość nie podlega dyskusji. Jednak w ostatnich dekadach pojawiły się dwie odmienne postawy dotyczące uniwersalizmu demokracji czy - innymi słowy - jej zasięgu i jej stopniowego rozszerzania się poza świat zachodni. Obie te postawy są nowe w stosunku do filozoficznej tradycji demokracji, która miała wymiar całkowicie uniwersalny. Demokracja jako filozofia i jak norma nie mogła być partykularna i wielcy twórcy demokracji w XIX w. nie podejmowali w ogóle kwestii, czy zaistnienie demokracji jest możliwe w niektórych krajach, a w innych nie. Filozofia to nie politologia i filozofia porusza kwestie fundamentalne. Otóż fundamentalnie demokracja powinna była jako norma zostać wcielona na całym świecie.

Potem granice tego świata się zmieniały, a przede wszystkim poszerzały, ale nikt nie kwestionował tezy, że istnieją państwa demokratyczne i niedemokratyczne, które warto byłoby przerobić na demokratyczne. Tak myślał Winston Churchill, do tego wzywano w Karcie Atlantyckiej i w deklaracjach ONZ. Toteż w 1989 r. zapanowała powszechna radość, gdyż okazało się, że wiele nowych krajów dołącza do demokratycznej rodziny. I w tym samym okresie pojawiły się dwa wspomniane nowe zjawiska. Pierwsze polegało na politycznym rozszerzeniu państw pojmowanych jako demokracje czy raczej na uznaniu istnienia półdemokracji i ćwierćdemokracji. A drugie - pozornie przeciwne - na filozoficznym ograniczeniu występowania demokracji i liberalizmu do świata zachodniego w okresie ostatnich dwustu-trzystu lat (na przykład expressis verbis John Rawls czy Francis Fukuyama).

Przyjęcie takiego rozumienia demokracji, kiedy występowanie niektórych jej elementów, jak wybory powszechne czy pewna wolność obywatelska, uznano za wystarczające, a rezultatem było przeświadczenie, że Rosja jest na drodze do demokracji i że podobnie ma się rzecz w przypadku krajów arabskich, które zrzuciły jarzmo takich strasznych ludzi jak Kaddafi. Nie wspominam już o głęboko niejasnej sprawie Chin. Więcej - niektóre kraje, które do niedawna byłyby poza sferą demokracji, obecnie stawia się za wzór demokracji nowego typu, jak na przykład Singapur. A z drugiej strony próbuje się wprowadzić demokratyczne czy chociażby ćwierćdemokratyczne rządy, stosując siłę i zupełnie bez skutku, jak w Iraku czy Afganistanie. Dalece nie jest jasne, czy Irak obecnie ma się lepiej niż za Husseina i dla kogo lepiej. A przecież odbywają się wybory (w Afganistanie też) i funkcjonują instytucje typowe dla demokracji. Przypadek Rosji jest inny. Nikt nie wie, czy Rosja może kiedykolwiek stać się demokratyczna. Nie mam powodu, by stwierdzać stanowczo, że nigdy, ale kiedy gotowi jesteśmy uznać, że już się stała? Na razie, na skutek działań Putina, oceniamy, że demokracja w Rosji się cofa. A jeżeli Putin minie i zostanie wybrany nowy szef, to czy natychmiast uznamy, że już z powrotem jest półdemokracja?

Oczywiście istnieją liczne instytucje międzynarodowe, które według - całkiem rozsądnych - kryteriów oceniają stan demokracji lub jej braku w poszczególnych krajach, ale dla polityków głos tych instytucji nie ma większego znaczenia. Wpływ mają dwa argumenty: radość z demokratyzowania się całego świata oraz naturalnie biznes, który - domniemanie - lepiej się robi z demokracjami (a co z Chinami?). Przekonanie, że demokracja stale się umacnia i rozszerza, było tak silne, że nawet pierwsze znaki, który powinny wzbudzić niepokój, czyli przede wszystkim kompletnie nieudana operacja Busha dokonana na ciele Iraku, sprowadzono do jednorazowego błędu, do niewiarygodnych informacji i pochopnych decyzji opartych na tych informacjach. Co gorsze, terroryzm uznano za dzieło jednego człowieka czy jednej grupy ludzi i już tryumfowano, że udało się go ograniczyć, pozbawić terrorystów pieniędzy i dostępu do sprzętu wojskowego. Na pewno od 11 września dzięki intensywnym kontrolom zapobiegnięto wielu atakom terrorystycznym, ale nie zapobiegnięto powstaniu państw terrorystycznych czy też grup terrorystycznych w coraz to nowych państwach: separatyści ukraińscy, Ujgurowie, Libia, Nigeria czy wreszcie Państwo Islamskie. To się działo i dalej dzieje na naszych oczach i jesteśmy - my, demokracje zachodnie - praktycznie bezradni, chyba że coś lub kogoś zbombardujemy. Jednak nie zbombardujemy antydemokratycznych ideałów. Naturalnie, niektórzy terroryści - jak to zawsze było w historii - mają nieco lub nawet wiele racji (Ujgurzy czy Kurdowie), ale posługują się metodami niedemokratycznymi.

I oto w ciągu jednego ostatniego roku politycy krajów demokratycznych zdali sobie sprawę z tego, że demokracje zachodnie znalazły się w świecie wrogim demokracji lub kompletnie ją lekceważącym. Jak się taka tendencja zaczyna rozwijać, to - tak wskazuje doświadczenie historyczne - nabiera rozpędu i ogarnia coraz szersze terytoria, a jak inni zobaczą, że demokracje są słabsze, niż myśleli, i mają mniej do zaoferowania, niż sądzili, to może nie staną się od razu terrorystami, ale zbliżą się do centrów niedemokratycznych. I wreszcie sprawa pozornie błaha, ale niesłusznie lekceważona. Ludzie, tak zwani celebryci, którzy za pieniądze zdradzają Zachód i wyjeżdżają do krajów niedemokratycznych łącznie z Koreą Północną. Powszechnie uważa się to za rodzaj anegdoty, a to jest zwyczajne świństwo i odstępstwo. Takie zachowanie powinno być surowo piętnowane, bez względu na to, czy Gerard Depardieu jest smutnym rozpijaczonym osobnikiem, który kulturze zachodniej już nie miał nic do zaoferowania.

A teraz filozofowie i ich pogląd na ograniczenia czasowe i terytorialne demokracji liberalnej (cokolwiek to znaczy). Pogląd ten ma wiele cech roztropności. Wynika przede wszystkim z przeświadczenia, że demokracja nie istnieje bez kultury demokratycznej, a takiej kultury nie da się stworzyć w państwach, w których nie ma tradycji demokracji wolności jednostki, dominuje jedna fundamentalistyczna religia i które po prostu nie pojmują kategorii wolności jednostki, bo nigdy się na tym nie skupiały. Wszystkie te argumenty są zapewne trafne, ale co z nich wynika? Co wynika z filozoficznej tezy, że demokracja liberalna może rozwijać się na Zachodzie, a co do reszty świata - jak mówi John Rawls - to po prostu nie mamy zdania.

Filozofowie, którzy głoszą taki pogląd, niewątpliwie odstępują od uniwersalizmu filozofii, ale - jak sami widzimy - mają sporo racji. Zresztą wprost na ten temat wypowiadali się już myśliciele w XVIII i XIX w. i - na przykład - John Stuart Mill jasno twierdził, że Rosja nigdy nie będzie należała do rodziny krajów demokratycznych (a Polska - jego zdaniem - tak). Potem jednak przyszła fala nieco nonsensownego wstydu, sprzeciwu wobec eurocentryzmu i rozmaitych niezbędnych odpowiedzialnych poglądów głoszących, że wszystkie kultury są równie dobre, bo to tylko kwestia różnych wartości, a wartości nie da się porównać. Było w tym nieco wstydu po kolonializmie i nieco traumy po II wojnie światowej, ale i wielkie złudzenie co do tego, że kultury nie mają związku z religiami, a religie stanowią raczej relikt minionych czasów.

Jednak jeżeli uznamy, że demokracja liberalna może istnieć tylko w krajach Zachodu, to znajdziemy się w kłopocie polegającym na tym, co mianowicie uczynić z krajami niedemokratycznymi. Jak nie ma sensu ich nakłanianie do demokracji, to należy je zostawić w spokoju, o ile nam nie zagrażają. Tylko Amerykanie co pewien czas się budzili i zręcznie lub bardzo niezręcznie wyruszali bronić demokracji lub upowszechniać demokrację. Europa najchętniej dałaby sobie kompletnie spokój z takimi kłopotami, gdyby nie problem imigrantów.

A zatem uproszczona wizja świata widzianego z Zachodu przedstawiałaby się następująco: my robimy u siebie demokrację, a z resztą świata handlujemy i zostawiamy ją w spokoju. W tym punkcie politycy i filozofowie się spotykają. Nieoczekiwanie jednak świat nas nie posłuchał i mimo że my chcieliśmy go zostawić w spokoju i zaniechać demokratycznego kolonializmu, to oni zaczęli mieć chęć na skolonizowanie nas. I zaczynają całkiem skutecznie w tym kierunku działać.

Pytanie, jakie trzeba zatem zadać, brzmi następująco: Co my na to? Zapewne jedną czy drugą batalię wygramy, ale długotrwała wojna, i to nie - jak pisał Huntington - wojna między cywilizacjami, lecz wojna przeciwko naszej cywilizacji będzie zabójcza dla wszystkich. W tej chwili jeszcze nie mamy pomysłu, jak sobie poradzić. Ale żeby zacząć myśleć, trzeba stwierdzić, co jest rzeczywiste, a rzeczywisty jest fakt, że demokracja ani nie jest końcem historii, ani nie zbawi świata, lecz może, z wielkim trudem, sama siebie uratuje przed konkurencyjnymi lub zupełnie odmiennymi filozofiami politycznymi: imperializmem, fanatyzmem, wrogością religijną i odmiennym pojmowaniem ludzkiej godności. Pora na podjęcie zatem problemu zdolności demokracji do samoobrony.

@RY1@i02/2014/187/i02.2014.187.00000270a.802.jpg@RY2@

Marcin Król filozof, historyk idei

Marcin Król

filozof, historyk idei

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.