Do budżetu bez hurraoptymizmu, za to z pytaniami
Opinia
To, że w projekcie budżetu Ministerstwo Finansów zaplanowało deficyt w wysokości 46 mld zł, dochody na poziomie 297,3 mld zł, a wydatki - 343,3 mld zł, zwykłemu śmiertelnikowi nic nie mówi. Ale zagłębiając się w szczegóły, zaczynamy sobie zadawać pytania. Czy w związku z tym, że w przyszłym roku są wybory parlamentarne, rząd zaproponował o 18 mld zł więcej wydatków niż w tym roku? Jeżeli niedawno złożone obietnice premiera Tuska (dopłaty do dzieci, ulgi dla biednych rodzin i kwotowo-procentowa waloryzacja emerytur) będą nas kosztować 3 mld zł, to na co pójdzie pozostały wzrost wydatków, czyli 15 mld zł? Niepokojące jest to, że w projekcie budżetu rząd nie wycofuje się z żadnej z licznych podwyżek podatków. Utrzymana zostaje (wprowadzona tymczasowo) podwyżka stawek VAT (8 proc. i 23 proc.). Oznacza to, że nadal żywność czy ubranka dla niemowląt będą droższe. W związku z tym rodzi się kolejne pytanie - dlaczego pomimo narastającej represyjności organów podatkowych fiskusowi nie udaje się wycisnąć więcej pieniędzy z gospodarki?
Dla pracowników ważna jest informacja, czy w przyszłym roku będą zarabiali więcej. Niestety rozwiązania przyjęte przez rząd w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2014-2017 zakładają, że w najbliższych trzech latach nie będzie waloryzacji podstawowych progów związanych z rozliczeniem podatku dochodowego PIT. Oznacza to, że w najbliższych trzech latach na skutek zamrożenia progów podatkowych gospodarstwa domowe zapłacą o 9 mld zł więcej podatku. Do 2017 r. zamrożone zostaną na obecnym poziomie: kwota wolna od podatku (3091 zł rocznie), koszty uzyskania przychodu (1335 zł rocznie) oraz próg podatkowy (85 528 zł rocznie).
Kolejne pytanie dotyczy kwoty wolnej od podatku. Pracownicy zadają pytanie, dlaczego Polacy mają najniższą kwotę wolną od podatku spośród krajów Unii Europejskiej, które to rozwiązanie stosują. Obowiązujące u nas 3091 zł wygląda w porównaniu z innymi krajami dość śmiesznie. W Wielkiej Brytanii w przeliczeniu na złote wynosi niemal 50 tys., w Niemczech grubo ponad 30 tys., nawet w Grecji to ponad 20 tys. Dlaczego w Polsce najmniej zarabiający pracownik wpada w szpony fiskusa już na początku roku?
Pracownicy nie mogą zrozumieć, dlaczego rozpiętości krańcowe wynagrodzeń w Polsce należą do najwyższych w Europie. Przykładem mogą być ostatnie badania wynagrodzeń w Polsce. Z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń wynika zaś, że przeciętne zarobki w bankowości wynoszą 3150 zł brutto miesięcznie. Roczne wynagrodzenie rekordzisty, czyli prezesa Pekao SA otrzymującego 8,3 mln zł, stanowiło więc równowartość 224 pensji jego podwładnych. Na takie zarobki Polak pracujący za najniższe wynagrodzenie musiałby pracować 48 lat. Utrzymywanie tak wysokich nierówności dochodowych, uzasadnianych jako konieczne, poprowadziło na manowce już niejeden kraj będący na etapie szybkiego rozwoju.
W projekcie budżetu państwa zakłada się niewielki wzrost zatrudnienia w przyszłym roku. Ten wzrost można podać w wątpliwość, gdy uwzględni się mrożenie progów dochodowych. Mrożenie kosztów uzyskania przychodu oraz kwoty wolnej od podatku idzie na przekór polityce nakierowanej na podniesienie poziomu zatrudnienia.
Wreszcie pytanie dotyczące wynagrodzeń: czy rządzący w Polsce wiedzą, skąd się wziął dobrobyt bogatego Zachodu? Otóż dziesiątki analiz wskazują, że z... wysokich płac. Bo to one były przyczyną, a nie skutkiem rewolucji przemysłowej i narodzin nowoczesnego kapitalizmu. To od wzrostu płac zaczął się zachodni dobrobyt. Warto, aby rządzący sięgnęli do tych analiz. I warto, by rządzący rzetelnie odpowiedzieli na te pytania.
@RY1@i02/2014/186/i02.2014.186.000000400.802.jpg@RY2@
Bogdan Grzybowski ekspert OPZZ
Bogdan Grzybowski
ekspert OPZZ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu