Prawie jak w Holandii
Przed ponad ćwierćwieczem byłam w Holandii. I to, na co zwróciłam szczególną uwagę, to wcale nie były pełne półki. Nie były zaskoczeniem, tak było we wszystkich krajach Europy Zachodniej. Nie zadziwiły mnie wiatraki, które znałam z pocztówek. Zaskoczyły mnie odrębne pasy dróg pełne rowerzystów i wrotkarzy. Czyli ścieżki rowerowe. W porannym i popołudniowym szczycie było na nich ciaśniej niż na chodnikach. Rower był popularnym sposobem docierania do pracy. I to nie tylko w mieście. Młodzi i starsi pokonywali po kilkanaście kilometrów w jedną stronę, choć stać ich było na samochód, a przynajmniej autobus. A w weekendy na trasy wylegały całe rodziny. U nas wtedy także sporo osób korzystało z rowerów, głównie na wsi i w małych miastach, ale albo dlatego że benzyna była na kartki, a samochody na talony, albo że godziny rozpoczęcia pracy w żaden sposób nie współgrały z rozkładem jazdy w środkach komunikacji masowej. Później przez kilkanaście lat z jednośladów korzystaliśmy coraz rzadziej. Bo po zatłoczonych i dziurawych drogach strach było jeździć. I dopiero gdy znalazły się unijne fundusze zaczęliśmy budować trasy specjalnie dla rowerów. Niestety, nie zawsze sensownie. Mam wrażenie, że kończą się dokładnie w tym miejscu, w którym się skończyły unijne pieniądze. I często nie łączą się w żaden logiczny ciąg. A w miejscach, gdzie 100 czy 500 m ścieżki brak, czai się straż miejska lub policja i karze rowerzystów za to, że nie zjechali na jezdnie, albo nie zeszli z rowerów.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.