Zagraniczni inwestorzy już tak bardzo nie lubią złotego
Wystarczy rzucić okiem na wykres notowań polskiej waluty, by stwierdzić, że zagranica już nie lubi złotego. Od pewnego czasu złoty jest słaby, a odrabianie strat, jeśli się pojawia, jest wątłe i nieprzekonujące. Oczywiście można pójść na łatwiznę i zrzucić powyższe zachowania na karb konfliktu ukraińskiego czy też pogarszających się wyników polskiej gospodarki. Jednak wyjaśnienia takie niespecjalnie przekonują. Bo nawet jeśli konflikt na Wschodzie przygasa, to złoty nie jest specjalnie skory do tego, by wrócić na mocniejsze poziomy. A spowalniająca polska gospodarka i tak pokazuje wyniki, które dla całkiem licznej rzeszy europejskich gospodarek pozostają i będą pozostawać w sferze marzeń. Chyba więc inne czynniki powodują, że złoty stracił swój dawny blask. Jak zwykle na rynku chodzić może o dwie rzeczy: chciwość albo strach. W naszym polskim przypadku chodzi zarówno o jedno, jak i o drugie.
Zacznijmy od strachu. Obecnie wartość polskich obligacji skarbowych w posiadaniu inwestorów zagranicznych wynosi prawie 200 miliardów złotych. To nie tylko niebagatelna suma, lecz także spory udział w całym rynku długu. Bo po tym jak ostatnio z rachunków OFE magicznie zniknęły obligacje warte grubo powyżej stu miliardów złotych, udział zagranicy w całym rynku wzrósł do 42,7 proc. Czyli prawie połowa naszych krajowych obligacji jest w rękach inwestorów zagranicznych. Piszę o tym nie bez przyczyny. Powyższe miary wskazują bowiem, że z zewnętrznej perspektywy polski rynek może wyglądać na solidnie przeinwestowany. Trochę koloryzując, możemy powiedzieć, że obecnie zagraniczni inwestorzy siedzą u nas na ogromnej stercie pieniądza, która, jeśli runie, może nieźle rozjechać kurs złotego. Oczywiście sceptyk zaraz może sprostować, że powyższe rozumowanie jest mocno uproszczone. Bo inwestor inwestorowi nierówny. Dziś wśród podmiotów, które trzymają polski dług, poczesne miejsce zajmują bowiem instytucje stabilne, takie jak banki centralne czy inni inwestorzy długoterminowi, którzy z definicji nie są skłonni do panicznych reakcji. Tak, zgadza się, jednak sterta pieniądza jest tak duża, że wystarczy, by tylko części z inwestorów puściły nerwy, aby na złotym nieźle się zadziało. To ryzyko zapewne bierze pod uwagę każdy, kto rozważa wejście w polską walutę. Szczególnie w tak niepewnych czasach jak obecne, gdy wiele zagrożeń regionalnych czy globalnych (w tym potencjalna zmiana polityki Fed) czai się tuż za najbliższym rogiem. Nie jest więc specjalnie kontrowersyjną tezą stwierdzenie, że ryzyko powyższe stanowi istotny czynnik studzący entuzjazm zagranicznych inwestorów w stosunku do złotego.
Popatrzmy też na drugą stronę medalu, czyli na chciwość. Niestety, również tutaj sytuacja nie wygląda różowo. Spójrzmy na nasz rynek z perspektywy inwestora amerykańskiego (co jest całkiem zasadne, wziąwszy pod uwagę, że w ciągu ostatnich lat to Stany były głównym dawcą globalnej, rynkowej płynności), który ma do wyboru rynek polski albo swój własny, krajowy. Rentowność amerykańskich 10-letnich obligacji w momencie pisania tego tekstu wynosiła 2,32 proc., podczas gdy rentowność polskich 10-latek 3,07 proc. Zastanówmy się. Czy dla takiego inwestora różnica pomiędzy oboma powyższymi papierami rzędu 0,7 punktu procentowego jest na tyle lukratywna, że warto dla niej ponosić ryzyko inwestycji w dalekim, egzotycznym kraju? Odpowiedź jest chyba oczywista (i negatywna). A dodatkowo, biorąc pod uwagę jastrzębie zapędy Fed, mamy spore ryzyko, że w nadchodzących kwartałach powyższa różnica nie będzie się poprawiać. Wprost przeciwnie, może wyglądać coraz bardziej niekorzystnie dla złotego.
Z powyższej perspektywy wszystko zaczyna wyglądać bardziej zrozumiale. W sytuacji gdy na naszym rynku możliwości zarobku są mało atrakcyjne, a ryzyko wynikające z dotychczasowego przeinwestowania pozostaje spore, trudno dziwić się zagranicy, że za złotym za bardzo nie przepada. A co więcej, trwały charakter przedstawionych powyżej czynników sugeruje, że słabość złotego może pozostać z nami dużo dłużej, niż nam się wydaje.
Zagraniczni inwestorzy siedzą u nas na ogromnej stercie pieniądza, która, jeśli runie, może rozjechać kurs naszej waluty
@RY1@i02/2014/173/i02.2014.173.00000050b.803.jpg@RY2@
Marcin Mróz główny ekonomista w grupie Copernicus
Marcin Mróz
główny ekonomista w grupie Copernicus
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu