Przepisów moc, ale pieniędzy ciągle brak
Roczny maluch umie włożyć mały element do większego. Potem radzi sobie coraz lepiej. Buduje wieżę - na dole duży klocek, a potem coraz mniejsze, mniejsze. Jeden na drugim lub jedno w drugie... Jakoś dajemy radę. Ciekawe, ile czasu urzędnikom zajmie układanie klocków nowelizacji ustawy o pieczy zastępczej. Bo jest ona jak układanka dla dzieci. Punkty, podpunkty, paragrafy. Szczegóły już prawie jak puzzle.
Duże zmiany ustawy, bo dotyczące ok. 100 przepisów, nastąpiły moim zdaniem ze względu na dramatyczne sytuacje związane właśnie z rodzinami zastępczymi czy rodzinnymi domami dziecka. Wprowadzono dodatkową kontrolę, bardzo uszczegółowiono zapisy. Pytanie, czy będą chętni do zajęcia się dziećmi, które nie mogą być z własnymi rodzicami. No bo albo stwarzamy im, chociaż na trochę, normalny dom, albo patrzymy, co powie Wielki Brat, który nas kontroluje. Trudno w takiej sytuacji o nawiązanie więzi z dzieckiem, pozyskanie jego zaufania, pomocy w i tak już trudnej jego życiowej sytuacji. Dziecko, nawet to małe, czuje, czy jest podmiotem w zastępczej rodzinie, czy tylko jednym z klocków wymuszonej układanki. Nie krytykuję całości nowelizacji. Ma ona zalety, choćby punkty dotyczące współpracy z rodziną dziecka, które umożliwiają szybszy powrót do własnego domu. Bo nawet jeśli z punktu widzenia państwa był on niewydolny, to dzieci o nim zazwyczaj marzą. Może dlatego ustawa powinna być mniej szczegółowa i biurokratyczna, a bardziej empatyczna, prosta, określająca podstawowe priorytety, które piecza zastępcza musi spełniać. Może tym, którzy tę pieczę organizują - powiatom, gminom - potrzeba więcej swobody. Przecież każdą sytuację trzeba rozpatrywać indywidualnie. U podstaw jest człowiek, nie warunki lokalowe, nie permanentne kontrole, nie punkciki, paragrafy... Biurokracja to zmora zarówno samorządów, jak i instytucji podlegających państwu. W tych ostatnich problem rozbija się o pieniądze. Przykładem choćby ustawa o cudzoziemcach. Niby zawiera udogodnienia i uproszczenia dla obcokrajowców. Jednak co z tego, jeżeli np. w Warszawie trzeba sobie wynająć stacza, żeby do urzędu w ogóle się dostać i sprawę załatwić. Dodatkowych pieniędzy na urzędników, którzy rozładowaliby kolejkę, nie ma.
Wszystkie problemy układają się trochę jak puzzle, tylko nie wszystkie kartoniki do siebie pasują. Tak samo jest z energią odnawialną. Tu też awantura: gdzie stawiać wiatraki, czy w ogóle je stawiać, co ma z nich mieć gmina? Czy zapisy o tym źródle energii też trzeba uszczegółowić? A są i inne alternatywne źródła energii. Mam wrażenie, że państwo z jednej strony ustala szczegółowe przepisy, z drugiej trochę umywa ręce od decyzji i odpowiedzialności. Niech samorząd, jak sama nazwa wskazuje, sam sobie daje radę - tu go ograniczymy przepisami, tam damy wolną rękę. Tylko że to wszystko bez pieniędzy. Jak u Bułata Okudżawy: "Warto by żarówkę w sieni, ale forsy ciągle brak...".
@RY1@i02/2014/170/i02.2014.170.088000100.802.jpg@RY2@
Monika Górecka-Czuryłło zastępca redaktora prowadzącego
Monika Górecka-Czuryłło
zastępca redaktora prowadzącego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu