Natura demokratycznego ciepła
Ralph Dahrendorf, wybitny angielski socjolog i politolog, wielokrotnie zwracał uwagę na to, że żyjemy w czasach "zimnej demokracji" i że to dobrze. Zimna, czyli sprawna, zapewniająca nam spokój i bezpieczeństwo, wystarczającą wolność i względny dobrobyt. Wiele w tym racji, przecież znośnie rządzone społeczeństwo demokratyczne to osiągnięcie nieznane w dziejach. Jest nam lepiej, licząc wszystko i wszystkich, niż ludziom było kiedykolwiek w dziejach. Skąd więc wątpliwości co do "zimnej demokracji"?
Sam Dahrendorf, angielski lord niemieckiego robotniczego pochodzenia, był chłodnym, chociaż ogromnie Polakom sprzyjającym człowiekiem. Zaś zimna demokracja byłaby zaiste rozwiązaniem niemal idealnym, gdyby nie dwa fakty. Ludzie w czasach demokracji czasem chcą ciepła emocji (emocji nadzwyczaj różnych, dobrych i złych) oraz - po drugie - zimna demokracja funkcjonuje coraz gorzej. Zostawmy jednak narzekania, a zastanówmy się nad naturą ciepła demokratycznego. Skąd się może brać i jaki ma sens?
Kolejna rocznica 31 sierpnia skłania do przypomnienia, jak bardzo wówczas zazdrościli nam Solidarności komentatorzy i politycy z zagranicy, bo dostrzegli obecność właśnie owego "ciepła". Było i już się nie wróci. Jednak o demokracji jako o ciepłym ustroju i społeczeństwie pisano od jej początków. Między innymi wspaniale pisała o tym w 1946 r. ("Wzór obywatela w ustroju demokratycznym") wielka Maria Ossowska, której czterdziestolecie śmierci będziemy niedługo obchodzili konferencją w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. Oto lista pożądanych cnót:
1. Aspiracje perfekcjonistyczne.
2. Otwartość umysłu.
3. Dyscyplina wewnętrzna.
4. Tolerancja.
5. Aktywność.
6. Odwaga cywilna.
7. Uczciwość intelektualna.
8. Krytycyzm.
9. Odpowiedzialność za słowo.
10. Uspołecznienie.
11. Rycerskość.
12. Wrażliwość estetyczna.
13. Poczucie humoru.
Wszystko to są cnoty "ciepłe" czy może - używając mniej wartościującego języka - cnoty czy też dyspozycje pozytywne. Trudne do osiągnięcia, ale nie niemożliwe. Natychmiast sceptycy powiedzą, że ludzie takiego wzoru nie będą realizowali, że to nadmiar wymagań, że - co bardziej przekonani o powszechnej obecności zła - to po prostu nonsens.
Jednak, dopuszczając naturalnie modyfikacje tego wzoru i tylko częściową jego realizację - przecież wzór oznacza właśnie, że mamy dążyć do jego realizacji, a nie że osiągamy go natychmiast po przeczytaniu - spróbujmy zastanowić się, czy w rzeczywiści jest to tylko fikcja lub utopia. Czy dostrzeganie potencjalnie dobrych chęci u jednostki w społeczeństwie demokratycznym jest aż takim nieporozumieniem.
Otóż - przeciwnie - nie tylko nie jest nieporozumieniem, ale jest wręcz koniecznością. Możemy naturalnie rozważać inne wzory niż zaproponowany przez Marię Ossowską, ale jeżeli zrezygnujemy całkowicie z tego kierunku myślenia o demokracji, to w efekcie (być może w efekcie końcowym) okaże się, że już nie żyjemy w demokracji. Warunkiem niezbędnym ustroju demokratycznego są demokratycznie nastawieni obywatele. Jest to wielki kłopot, ale jest to zarazem twarda odpowiedź wszystkim tym, którzy chcieliby nas otoczyć wianuszkiem dobrze funkcjonujących instytucji i uznać, że to całkowicie wystarczy. Demokracja bowiem to nie instytucje, to nie procedury, to nie prawo, to nie partie polityczne, to nie wybory, ale my - czyli obywatele społeczeństwa demokratycznego. Ktokolwiek myśli inaczej, nie tylko nic rozumie, ale też nic nie zrozumie.
Zamiast pojęć zimna i ciepła możemy mówić o demokracji "świętego spokoju" i o demokracji "nieustającego święta". Od dobrych kilku dekad w świecie zachodnim zostaliśmy zdominowani przez demokrację świętego spokoju i wydaje się nam, że całkiem nam z tym dobrze. Jednak, jak każdy roztropny człowiek wie chociażby na podstawie własnych doświadczeń, nieustający święty spokój jest niemożliwy. Tak jak nas dopadną w końcu w największej głuszy (maksimum spokoju to dwa tygodnie), podobnie i święty spokój demokracji zostanie podważony, zagrożony lub unicestwiony raczej prędzej niż później, a trzeba uważać, bo może się to stać nieoczekiwanie.
Zawsze świat wisi na włosku, ale ten rok jest wyjątkowy. Wojna z Rosją i wojna z Państwem Islamskim to wyzwania, jakich od kilkudziesięciu lat nie doświadczyliśmy. Zapewne wojnę z Rosją uda się ograniczyć do biednej wschodniej Ukrainy, ale wojna z Państwem Islamskim dopiero się zaczyna i doprowadzi nas do sytuacji, jakich na razie sobie nie wyobrażamy.
Takie okoliczności mają tę dwuznaczną zaletę, że na ogół wydobywają z ludzi właśnie cnoty i chęć działania we wspólnocie, że wobec tego sprzyjają demokracji i nie tylko jej stabilności, lecz także rozwojowi. Gdyby, przecież powtarzamy to wszyscy, nie zimna wojna, tryumfy demokracji w krajach Zachodu nie byłyby ani tak szybkie, ani osiągnięte przy tak zaskakującej zgodzie, która doprowadziła nawet do zupełnie niemądrego, jak dziś widzimy, przekonania o końcu wieku ideologii. Innymi słowy i mówiąc brutalnie - demokracji dobrze robi trochę strachu pochodzącego z zewnątrz.
Jednak oczywiście to nie strach jest źródłem "nieustającego święta" demokracji, lecz obywatele, którzy się nią cieszą. Najlepiej tę radość widać przy okazji odzyskiwania lub uzyskiwania ustroju demokratycznego. Czasem to prowadzi zewnętrznych obserwatorów do złudzeń lub tylko przesady, jak to było z okazji tak zwanej demokratycznej wiosny arabskiej. Znane doskonale jest rozróżnienie na okresy rzeczywistego entuzjazmu i okresy rozczarowania demokratyczną codziennością. Nie należy jednak na podstawie rozczarowania od razu budować nowej wizji świata czy tylko nowej koncepcji ustrojowej. Gdyby tak było, to po II wojnie światowej w ogóle nie wprowadzano by w krajach Europy kontynentalnej ustroju demokratycznego. Przecież jego bardzo silne niepowodzenie, niestabilność czy nawet porażka w okresie międzywojennym skłaniały do rezygnacji z tradycji europejskiej, a w tym z demokracji. Niektórzy wyciągali z tego bardzo daleko idące wnioski i odrzucali całość tej tradycji: jedni optując za katastrofizmem, inni za nowym światem i rzekomo dającym nadzieję światem komunizmu. Jeszcze inni, jak na przykład de Gaulle, szybko dostrzegali powrót do złych starych nawyków i przy pierwszej okazji - de Gaulle’owi czekanie na te okazję zajęło dwanaście lat - zmieniali konstytucyjne zasady demokracji i budowali nowy system polityczny. To im zawdzięczamy wiele z naszej radości, im samym i ich przekonaniu, że w XX wieku inny ustrój nie będzie cieszył się poparciem społecznym ani nie umożliwi realizacji indywidualnych ambicji oraz jednostkowej wolności.
Paradoksalnie także demokratyczni krytycy demokracji doskonale widzieli, że tylko ciepła demokracja, demokracja nieustającego święta, jest demokracją prawdziwą i taką, która nas ciekawi, a nawet bawi, a nie tylko da się zaakceptować na zasadzie mniejszego zła. Wszystkie, większe i mniejsze, społeczne demonstracje oburzenia były i są demonstracjami oburzenia autentycznie demokratycznych (chociaż nie zawsze mądrych) grup ludzi przeciwko - jak to się kiedyś mówiło - wypaczeniom. Tak było w przypadku buntu 1968 r. na Zachodzie i tak jest obecnie z okazji buntów "oburzonych" najróżniejszych odmian.
Nie przypadkiem buntom tym wielu teoretyków, a w każdym razie ci, którzy nie chcą poprzestać na narzekaniu, przypatruje się z wielką uwagą, czasem z przesadną nadzieją. Są to bowiem bunty w imię dobra demokracji, w imię jej siły i w imię jej cnót, o których pisała Ossowska. Siła i skuteczność tych buntów mogą budzić na razie wiele wątpliwości, jednak charakterystyczne jest, że nie są to bunty wychodzące poza demokrację. Oczywiście, istnieją postawy radykalne całkowicie antydemokratyczne lub demokratyczne tylko dlatego, że nie można dzisiaj inaczej, ale jakże marna i w istocie słaba jest ich antydemokratyczna motywacja.
Nie obawiajmy się zatem. Jeżeli dostrzegamy wiele zła, głupoty i przeciętności we współczesnym świecie, to nie zrzucajmy tego na istotę demokracji, lecz na jej wdrożenia dokonywane przez ludzi, przez polityków drugiej kategorii. Oni przecież, zamiast się cieszyć, tylko się boją i tylko chcieliby - zmarznięci z braku wyobraźni - zachować to, co jest, bo im do głowy nie przychodzi, że może być lepiej i cieplej.
Demokracja to nie instytucje, to nie procedury, to nie prawo, to nie partie polityczne, to nie wybory, ale my - obywatele społeczeństwa demokratycznego
@RY1@i02/2014/167/i02.2014.167.000001900.803.jpg@RY2@
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu