Tęsknoty wolnych najmitów za państwem dobrobytu
Ekonomiczny dorobek polskiej transformacji, mimo niekwestionowanych osiągnięć, spotyka się często z gwałtowną i - chciałoby się rzec - niesprawiedliwą krytyką. Sądzę, że wynika ona w niemałej mierze z niedopasowania naszej współczesności do już nieaktualnego, archaicznego modelu ekonomicznego sukcesu.
Model ten ukształtował się na zachodzie Europy w latach 50., czyli w okresie przyspieszonego wzrostu i cywilizacyjnego postępu po zakończeniu z sukcesem powojennej odbudowy. Francuski ekonomista Jean Fourastie nazwał okres 1946-1975 "30 wspaniałymi latami". Ukształtowało się w tym czasie państwo dobrobytu, oparte na niemal pełnym zatrudnieniu, rosnącej konsumpcji indywidualnej i zbiorowej, coraz wyższym poziomie i jakości świadczeń socjalnych. Filarami tej formacji były wielkie państwowe i prywatne zakłady przemysłowe, bez trudu lokujące swoje produkty na chronionych i stale głodnych rynkach, potężne związki zawodowe twardo stojące na straży praw i przywilejów pracowniczych oraz aktywne państwo. Ówczesny model kapitalizmu państwowego zakładał, po pierwsze, znaczny udział własności państwowej, wyłącznej w sektorach uznanych za strategiczne, a po drugie aktywną rolę państwa jako indykatywnego planisty, inicjującego i programującego strategiczne przedsięwzięcia (np. w dziedzinie infrastruktury, rozwoju przemysłu czy innowacji). W niemałej części europejskiej opinii publicznej, w tym także polskiej, te "30 wspaniałych lat" stało się wzorcem, do którego należy dążyć.
W XXI w. w kraju nadrabiającym potężne zaległości rozwojowe nie ma najmniejszej szansy na powtórzenie tego modelu cywilizacyjnego. Przyczyny są dwie: globalizacja i technologia. Nie ma od nich ucieczki. Zgodnie ze znanym powiedzeniem Jacka Welcha, legendarnego szefa General Electric: "tylko klienci mogą gwarantować miejsca pracy", i dlatego imperatywem staje się jego następne powiedzenie: "zmieniaj się lub giń". Brzmi to może zbyt brutalnie, ale oddaje przemiany stosunków pracy w zglobalizowanej gospodarce, które nastąpiły w ostatnich dziesięcioleciach. Po pierwsze, pod presją konkurencji nieodwołalnie tracą one walor trwałości. W ciągu życia zawodowego konieczne stają się wielokrotne zmiany nie tylko miejsca pracy, lecz także specjalizacji czy nawet zawodu. Pracownicy stają się wolnymi najmitami, luźno i okazjonalnie związanymi z konkretnym pracodawcą i obojętnymi wobec tradycyjnych związków zawodowych. Świadczy o tym malejący systematycznie poziom uzwiązkowienia. Po drugie, coraz bardziej nomadyczny charakter zatrudnienia narzuca konieczność stałego uzupełniania i zmian kwalifikacji, czyli przeplatania się i łączenia zatrudnienia oraz nauki. Oznacza to ustanie lub przynajmniej osłabienie relacji opiekuńczych pracodawcy i pracownika, związku zawodowego i jego członka, obywatela i państwa. Ludzie zmuszeni są do wzięcia odpowiedzialności za swój los. Sprzyja temu rosnący poziom wykształcenia oraz realna w krajach najwyżej rozwiniętych perspektywa objęcia wszystkich zatrudnionych jakąś formą wykształcenia wyższego.
Zmieniają się także charakterystyki miejsc, w których świadczona jest praca. Olbrzymie monolity, wielkie scentralizowane organizacje przekształcają się w pulsujące sieci o zmiennych konfiguracjach. Składają się one ze stosunkowo małych, autonomicznych przedsiębiorczych jednostek organizacyjnych (często przedsiębiorstw), które czasowo angażują się (często jednocześnie) w relacje współpracy i konkurencji w ramach skomplikowanych sieci powiązań o globalnym zasięgu. Funkcjonowanie takich sieci opiera się na wykorzystaniu wiedzy i najnowszych technologii informacyjnych. Dotyczy to nie tylko sektorów wysokiej technologii, ale staje się wymogiem uzyskania minimalnego poziomu konkurencyjności we wszelkiej działalności, łącznie z produkcją i dystrybucją żywności, odzieży, kosmetyków czy organizacjami charytatywnymi. Taka sieciowa gospodarka wymaga właśnie wolnych najmitów.
Usługi świadczone w przeszłości przez państwo dobrobytu osiągają dzięki technologii i kwalifikacjom ludzkim poziom, który wyklucza ich wyłączne finansowanie ze środków publicznych. Dotyczy to zwłaszcza ochrony zdrowia i edukacji. Konieczna staje się więc ich stopniowa komercjalizacja i co najmniej współfinansowanie ze środków prywatnych. Tam, gdzie zwyciężą archaiczne tęsknoty za dawnym modelem państwa opiekuńczego lub potencjał ekonomiczny i finansowy okażą się niewystarczające, poziom usług kluczowych dla dalszego rozwoju będzie coraz bardziej odstawał in minus od czołówki. Narastające różnice staną się zapewne najpoważniejszym źródłem napięć i konfliktów w nadchodzących dziesięcioleciach.
@RY1@i02/2014/155/i02.2014.155.000000900.802.jpg@RY2@
Prof. Andrzej K. Koźmiński
Prof. Andrzej K. Koźmiński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu