Nasze złote majtki i pseudobieda
kac moralny
Wszyscy jesteśmy biedni. Tak mi się przynajmniej zaczęło wydawać, gdy przypadkiem przeczytałam na Huffington Post wywiad z niejaką Kelly Cutrone, człowiekiem świata mody.
Cutrone zarabia milion dolarów rocznie. Łał. Rany. Ojej. Ale jakoś jej to nie cieszy; jak twierdzi: "To nie jest dużo pieniędzy, wystarczy policzyć". Same podatki to 400 tys. dolarów. 5 proc. z pozostałej sumy pochłaniają agenci i menedżerowie, którzy trzymają jej życie w tak zwanej kupie. Ponieważ Cutrone mieszka na Manhattanie, płaci 8 tys. dolarów miesięcznie za wynajem mieszkania i 650 dol. za parking. Prywatna szkoła córki to wydatek rzędu 44 tys. zielonych rocznie. Każda z jej kilku niań pobiera pensję roczną w wysokości 70 tys. Jeszcze spłata kredytu za dom poza miastem, utrzymanie matki i te wszystkie drobiazgi, które sankcjonują pozycję w przemyśle modowym (buty za 3 tys. dol. i drinki w tajnych wodopojach nowojorskiej elity), i można powiedzieć, że biedna Cutrone żyje od pierwszego do pierwszego. Czy słyszą państwo ten dźwięk? To rzewne tony najmniejszych skrzypeczek świata lamentujących nad ciężką dolą milionerki, która ledwo wiąże koniec z końcem.
Nikt jej jednak nie współczuje; reakcje na wywiad w internecie były prawie wyłącznie negatywne. 650 dol. za parking? Sprzedajże bentleya, kobito, i kup kartę na metro. Przeprowadź się z Soho na jakiś gorszy Brooklyn i płać połowę czynszu. Znasz magiczny trik, który zamienia milion dolarów w mnóstwo kasy? Wystarczy zdjąć majtki ze złota i przeprosić się z barchanem. Mniej więcej tak bezlitośni byli komentatorzy.
Nie ma nic dziwnego w tym, że utyskiwania Cutrone denerwują zwykłych ludzi, którzy żyją od pierwszego do pierwszego. Pan Zygmunt na zasiłku wcale nie płaci za parking, bo nie dość, że nie ma czego wrzucić do parkomatu, to jeszcze nie ma czym zaparkować; dziś martwi go podwyżka cen sera. Pan Zygmunt ma problem realny, bliżej skorelowany z kwestią przeżycia. Ma prawo się martwić. A, powiedzmy, Jacek, który zarabia całe 5 tys. zł? Jacek ma samochód, płaci za parking i nawet tankuje. Wziął kredyt na kawalerkę i spłaca 1,5 tys. miesięcznie. Żeby go nie zwolnili, musi co jakiś czas kupić nowy garnitur i zjeść obiad na mieście z kontrahentem. I jakoś tak się dzieje, że i on żyje od pierwszego do pierwszego. Czy to wciąż problem realny, czy wymysły w stylu Cutrone? Dość realny, prawda?
A co z Kasią, która zarabia 20 tys. w dużym banku? Podbudowana stanem konta wzięła kredyt na apartament w największym wieżowcu w mieście (10 tys. miesięcznie). Na zebranie zarządu nie wypada przyjść w bluzce z H&M, więc kupuje kostiumy w Max Marze, 3 tys. zł sztuka. Ktoś jej te cuda musi prać i prasować: gosposia za 2 tys. miesięcznie. Jeszcze auto, dziecko w prywatnej szkole i w zasadzie rzec można, że żyje taka od pierwszego do pierwszego. Też realny problem?
Chciałoby się powiedzieć "nie", ale... w zasadzie tak. Styl życia sam się nam konstruuje wokół przychodu, a potem trzeba ten przychód wciąż gonić, żeby wszystkiego nie stracić. Im wyższe przychody, tym głębszy sens wydatków: projekcja statusu zabezpiecza bowiem przyszły status i wpływa na wzrost naszych akcji. Kasia musi mieć drogi kostium, by traktowano ją poważnie; Cutrone musi mieć torbę za 7 tys. dol., która da świadectwo jej modowemu know-how. Żadna z nich nie może zaproponować partnerom biznesowym lunchu w barze mlecznym. Gdyby tak ktoś z nas wygrał nagle kilka milionów, być może znalazłby dla nich jakieś sensowne zastosowanie — ale stopniowy wzrost przychodu niezauważalnie się rozpływa w dyskretnie puchnącej konsumpcji. A raz założone złote majtki przyklejają się do siedzenia i nie da się ich tak po prostu zdjąć.
Wszyscy jesteśmy biedni i nie zawsze dlatego, że mamy mało pieniędzy. Dlaczego? Być może przyczyna pseudobiedy, choroby "pierwszego świata", leży w sposobie, w jaki nasz system ekonomiczny wychowuje konsumentów. Żeby lewiatan wzrostu gospodarczego się toczył, wbito nam do głowy, że szczęście zdobywa się przez kolejne wydatki. Zablokowano nam tym samym drogę do prawdziwego spełnienia (czas z bliskimi, przyjaźnie, sztuka, medytacja czy co tam jeszcze komu pomaga osiągnąć wewnętrzną równowagę), bo ta nie prowadzi przez produktywność i w rezultacie obniża potrzeby. Jesteśmy więc zaprogramowani, by z determinacją wdrapywać się po drabinie ekonomicznej, ale na żadnym jej szczeblu nie czeka na nas szczęście — czy zarabiamy tysiąc złotych, czy 5 tys., czy milion.
@RY1@i02/2014/138/i02.2014.138.00000090a.802.jpg@RY2@
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu