Dziennik Gazeta Prawana logo

W Polsce nie musimy się obawiać tego widma

30 czerwca 2018

Opinia

Śledząc prasę ekonomiczną, chciałoby się zapytać, czy rzeczywiście "widmo deflacji krąży po Europie"? Wskazują na to zarówno prognozy dotyczące cen w Polsce i w innych krajach, jak i działania bankierów centralnych, które można określić jako nerwowe. Właśnie z obawy przed deflacją centralny bank Szwecji obniżył referencyjną stopę procentową aż o 50 punktów bazowych, do 0,25 proc. Zaś prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi deklaruje gotowość do dalszej obniżki stopy procentowej z rekordowo niskiego poziomu 0,25 proc. i do dalszego luzowania polityki monetarnej (czyli drukowania pieniędzy) w celu wspomożenia koniunktury i uniknięcia deflacji. Warto przyjrzeć się temu zagadnieniu z polskiej perspektywy.

Niemal wszyscy ekonomiści głównego nurtu zgadzają się, że deflacja jest zjawiskiem groźnym. Najczęściej mówi się o tym, że w sytuacji spadających cen i malejącej podaży pieniądza nabywcy wstrzymują się z zakupami, powodując obniżenie poziomu aktywności gospodarczej, czyli produkcji, zatrudnienia i inwestycji. W krótkim okresie może to być korzystne dla osób zatrudnionych, ponieważ za swoje wynagrodzenia mogą kupić więcej, a cena pracy nie spada proporcjonalnie do innych cen. W dalszej perspektywie grozi im jednak utrata zatrudnienia. Deflacja jest szczególnie groźna dla przedsiębiorców, ponieważ oznacza spadek nie tylko popytu, lecz także wartości wszelkich aktywów oraz wzrost realnego obciążenia zobowiązaniami z tytułu kredytów, pożyczek czy długoterminowych kontraktów. W sytuacji dramatycznie kurczących się marż można się więc spodziewać serii bankructw i fali renegocjacji umów, co prowadzi do nakręcania spirali destabilizacji w gospodarce.

Równie trudna jest sytuacja państwa w warunkach deflacji. Po pierwsze - rośnie realna wartość zadłużenia, a po drugie - wraz ze spadkiem poziomu aktywności gospodarczej i zatrudnienia maleją wpływy podatkowe. Musi to prowadzić do ograniczenia wydatków publicznych, co dodatkowo ciągnie w dół koniunkturę. Przykład Japonii lat 90. dowodzi jednak, że w deflacyjnym środowisku stagnacji konsumpcji i inwestycji prywatnych zerowe czy nawet ujemne stopy procentowe i wydatki publiczne finansowane rosnącym długiem nie są w stanie pobudzić koniunktury.

Ekonomiści z kręgu Instytutu Misesa prezentują pogląd, że deflacja "przynosi świeży powiew wolnego rynku" i stanowi instrument "czyszczenia" gospodarki ze skutków proinflacyjnej, luźnej polityki monetarnej, eliminując "iluzję dobrobytu" stworzoną przez ekspansję monetarną. W ten sposób, ich zdaniem, powstają trwałe podstawy wzrostu opartego na rzeczywistych oszczędnościach, a nie na kreacji pustego pieniądza. Według tych opinii deflacja prowadzi do eliminacji błędnych, czyli nadmiernie ryzykownych projektów biznesowych, i do ograniczania marnotrawnych wydatków państwa. Takie poglądy nie mają jednak zbyt wielu zwolenników z kilku dość oczywistych względów. Przede wszystkim tak rozumiana deflacyjna kuracja wydaje się całkowicie politycznie niewykonalna. Uderza bowiem bezpośrednio w interesy zarówno pracodawców i posiadaczy kapitału, jak i z pewnym opóźnieniem również w pracobiorców, a ponadto uniemożliwia - lub przynajmniej bardzo utrudnia - prowadzenie przez państwo polityk społecznych i ekonomicznych, które stały się standardem w rozwiniętych społeczeństwach demokratycznych. Ponadto w dłuższym okresie ograniczenie bardziej ryzykownych projektów biznesowych i wydatków państwa (np. na badania naukowe czy obronność) może doprowadzić do zahamowania innowacjii, a w konsekwencji do słabszego wzrostu produktywności w gospodarce. Wystarczy przyjrzeć się kilkudziesięcioletniej już historii Doliny Krzemowej, by przekonać się, że właśnie obfitość i łatwość finansowania leżą u podstaw powstałych tam innowacji.

Na szczęście w Polsce Anno Domini 2014 ten spór wydaje się czysto akademicki, bo realne zagrożenie spadkiem cen utrzymującym się przez kilka kwartałów wydaje się niewielkie. Przemawiają za tym wzrost cen energii (stymulowany wydarzeniami w Iraku) oraz stała presja na wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw (w I kw. były one średnio o 4,2 proc. wyższe niż rok wcześniej). W sytuacji, gdy prognozy wzrostu gospodarczego pozostają optymistyczne, podejmowanie jakichkolwiek działań antydeflacyjnych wydaje się zbyteczne i nieuzasadnione. Warto dodać, że w kraju, który ma chyba najwyższe w Europie referencyjne stopy procentowe, przestrzeń dla takich działań jest nieporównanie większa niż gdzie indziej. Widmo deflacji nie powinno więc straszyć w Polsce w okresie wakacji. Źródła niepokoju nie mają podstaw ekonomicznych.

@RY1@i02/2014/136/i02.2014.136.000000600.802.jpg@RY2@

Andrzej K. Koźmiński prezydent Akademii Leona Koźmińskiego

Andrzej K. Koźmiński

prezydent Akademii Leona Koźmińskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.